Wyniki: Opisz swoją najbardziej zabawną pechową sytuację

Obiecałam, że w przeciągu trzech dni ogłoszę wyniki konkursu, w którym do wygrania było AŻ 5 egzemplarzy "Fartowny pech" Olgi Rudnickiej, zasiadłam więc dziś do czytania waszych wypowiedzi i najpierw uśmiałam się do łez, a potem załamałam, no bo jak wybrać tylko 5? Jednak po długim namyśle, wszystkich za i przeciw decyzja zapadła.

Zanim zostaną ogłoszone wynik przypominam dwa bardzo ważne punkty regulaminu.

  1. Zwycięzca jest zobowiązany wysłać maila z danymi adresowymi na adres konkursyb@o2.pl w ciągu trzech dni od momentu ogłoszenia wyników. Po tym terminie nastąpi wybór nowego zwycięzcy.
  2. Prawo do składania reklamacji w zakresie niezgodności przeprowadzenia konkursu z Regulaminem, służy każdemu uczestnikowi w ciągu trzech dni od daty wyłonienia jego laureatów. Należy je zgłaszać w formie e-maila na adres: konkursyb@o2.pl.

Wypowiedzi przeze mnie wybrane rozbawiły mnie najbardziej, chociaż uważam, że wszystkie były śmieszne i jak bym mogła to każda była y nagrodzona. Nie przedłużając, ogłaszam iż najnowszą książkę Olgi Rudnickiej wygrywają...
Le Sherry
Sherry musiała zrobić wielkie wejście, dlatego czekała na ostatni dzień konkursu, żeby zgłosić swoją pracę. :D (A tak szczerze: Sherry zastanawiała się co by tu napisać i zeszło jej tak do 16-tego :)). No, ale. Już jestem i piszę. :)

Dawno, dawno temu, kiedy Sherry była jeszcze małą Sherry... No dobra, nie małą, ale mniejszą Sherry, chodziła do podstawówki i właśnie czekała na wakacje. Oczywiście lato zapowiadało się absolutnie CU-DO-WNIE, jak każda większa przerwa od szkoły, w tamtych czasach. Sherry wraz ze starszym bratem i kuzynem wierzyła, że wakacje będą naprawdę świetne, zwłaszcza że całą trójcą tworzyli niemalże dziecięcy, nierozłączny, wierny sobie gang. Zawsze coś się znalazło do roboty i zabawy. Mniejsza Sherry nie mogła się doczekać grania w piłkę nożną z dzieciakami z sąsiedztwa na polu sąsiada, ucieczek przed wspomnianym sąsiadem, który nie znosił, gdy dzieci urządzały sobie na jego polu psuedo wyimaginowany stadion, wycieczek nad oddalony o kilometr od domu wodospad w lesie, nieudolnego pływania w wodzie, improwizowanych zabaw, skakania po drzewach (właśnie tatuś i wujek wybudowali, wspomnianej wcześniej trójcy, domek na drzewie). Czyż nie zapowiadało się piękne lato?
Odpowiem - tak, zapowiadało się piękne lato.
Niestety los bywa okrutny, a pech tym bardziej. Sherry zawsze wyobrażała sobie Pecha i Szczęście jako takie dwie osóbki, które na przemian podają sobie piłkę. I tu należy zauważyć, że piłką było życie danej osoby.
Wtedy, to Pech wyciągnął rękę po kulkę, złapał ją, potrząsnął i krzyknął: "KONIEC TEGO DOBREGO". A, że miał naprawdę dobry humor, objawił swoją wredotę niszcząc wszelkie marzenia, plany i pragnienia wakacyjne Sherry. Jak tego dokonał? Bardzo prosto. Posłużył się ku temu, swoim dobrym przyjacielem - Wypadkiem.

Tamtego słonecznego dnia, dokładnie PIERWSZEGO DNIA WAKACJI (był naprawdę słoneczny i śliczny), mniejsza Sherry wraz z kuzynem (jak tak teraz myślę, nie mam pojęcia gdzie był wtedy trzeci członek gangu - mój brat) bawili się nad rzeczką, tuż obok domu. Zamiast piaszczystej plaży, mieli brzeg wody z kamyków, ale nie przeszkadzało im to, zwłaszcza, że bawili się troszkę dalej, na ziemi, pod domkiem na drzewie, budując miasteczko z większych i mniejszych kamieni. Ciekawostką może być to, że domki i w ogóle budynki budowane przez mniejszą Sherry, zawsze były uznawane za najładniejsze. :) Ale wtedy mniejsza Sherry wierzyła, że będzie dekoratorką wnętrz, więc... Dobra, odeszłam od tematu. W każdym razie, wróćmy do Pecha, bo o tym miała być ta historia.
Więc Pech postanowił improwizować (a może wszystko zaplanował? Kto wie?). Kuzyn Sherry właśnie skrobał w ziemi drogi do miasteczka, kiedy mniejsza Sherry postanowiła wybrać się po mniejsze kamienie, by zbudować ogrodzenie wokół swoich domków. W tym celu wybrała się ku wspomnianemu wcześniej brzegowi obok rzeki. Sherry niestety nigdy nie udało się ukończyć ogrodzenia. Bowiem kiedy wstała i podążała do brzegu, nie zauważyła konaru drzewa, na którym był domek właśnie wybudowany (feralne drzewo. Niech go szlag). Mniejsza, rozpędzona Sherry runęła na twarz. W ostatnim momencie mózg postanowił interweniować, każąc rączkom Sherry wyciągnąć się i zamortyzować upadek. Rozległ się dziwny dźwięk (a może wcale go nie było, tylko mi się zdawało?) i Sherry już wiedziała, że coś jest nie w porządku. Prawa ręka (a tu nalezy zauważyć, że Sherry jest i zawsze była praworęczna, więc była ona o wiele ważniejsza od lewej) bolała jak diabli. Oczywiście nie obyło się od płaczu, wrzasków, przerażenia. Kuzyn Sherry od razu pobiegł po swojego tatę, a ten nakazał małej Sherry sprawdzić czy może zginać nadgarstek. Sherry niestety nie mogła, bo jak już wspomniałam - bolało jak diabli. Wujek jednak zbył jej zrozpaczone słowa machnięciem ręki mówiąc, że to NA PEWNO tylko niegroźne obicie. No cóż. Nie miał racji. Tata Sherry zabrał ją do szpitala gdzie okazało się, że nadgarstek jest złamany. A ile miała trwać kuracja i noszenie gipsu? No, kto zgadnie? Dwa miesiące. DWA MIESIĄCE.

A jeśli ktoś zapomniał - ów wypadek zdarzył się PIERWSZEGO DNIA WAKACJI. Koniec końców gips został zdjęty (jeśli ktoś ma wątpliwości - nie kłamię. Naprawdę. To autentyczna historia) OSTATNIEGO DNIA WAKACJI. Czyli - jak ktoś już zdążył wysnuć - całe dwa miesiące mniejsza Sherry nosiła gips na rączce. I szlag trafił wszystkie plany. Szlag trafił granie w piłkę (inni grali, Sherry była sędzią), szlag trafił skakanie po drzewach (z oczywistych względów). Mała Sherry, kiedy już przeszła jej rozpacz, była po prostu wściekła. Wszyscy traktowali ją jak jajko, nikt na nic f a j n e g o jej nie pozwalał (żeby ręka mogła się zagoić).

A co Pech na to? Pech na to tylko zatarł ręce z radości (nie wypuszczając z nich piłki. Utalentowany co?).

Oczywiście z perspektywy czasu to wydaje się przezabawne. No bo kto by pomyślał, że można tak zepsuć komuś wakacje? Pierwszego dnia wakacji, wakacji - które zapowiadały się wspaniale, wszystko runęło jak domek z kart. I jak na ironię, gips KONIECZNIE MUSIAŁ być noszony przez cholerne DWA MIESIĄCE. Plusem z tamtego okresu jest fakt, że później miesiąc mniejsza Sherry nie musiała ćwiczyć na wuefie (już wtedy bestyjka wiedziała, że go nie znosi ^^), dostała odszkodowanie i... materiał do wspominania. :) Inna sprawa, że tamto złamanie, powtórzyło się ponownie. Również w podstawówce. Dwa lata później. Ale to już jest opowieść na inną okazję. :)
 
 


Zjadam Skarpety
Sytuacja świeża, sprzed kilku dni, właściwie to powinnam palić się ze wstydu za coś takiego, bo nie świadczyło to dobrze o mnie, ale jednak wywołuje to u mnie jedynie rozbawienie.
Właśnie kilka dni temu zdarzyło mi się pojechać z koleżankami w góry, w celu odpoczęcia od codziennych zajęć i rozluźnienia się - taki miły wstęp przed wakacyjnym lenistwem. Nie mogłyśmy nie zawitać do stolicy polskich gór i ich wizytówki - Zakopanego. Oczywiście w ruch poszły aparaty, fotografowałyśmy wszystko - podchodziłyśmy nawet do zwykłych ludzi, by zrobić sobie z nimi zdjęcia na pamiątkę. Z chęcią pozowali do zdjęć także górale i ich koniki, dlatego tylko nas to rozochociło. Spacerując po Krupówkach dostrzegłyśmy jednak takiego wielkiego pluszaka - no wiecie, takiego za którego przebierają się ludzie, a inni mogą się z nimi sfotografować. Ja osobiście obawiałam się mieć z nim zdjęcia, dlatego tylko stałam z boku, nawet nie bawiłam się w fotografa, jednak moje koleżanki korzystały z okazji i zrobiły ich mnóstwo. Jednak poczciwy misio, kiedy już odchodziłyśmy, poszedł za nami i powiedział, że pieniądze się należą... No a my zamiast się zrzucić i zapłacić, w końcu to nie był majątek, no to wzięłyśmy nogi za pas i zaczęłyśmy od niego uciekać - przez całe Krupówki. Boże, ludzie patrzyli na nas jak na idiotki - wyobraźcie sobie, 4 dziewczyny uciekające przed goniącym je pluszakiem! W końcu jednak skręciłyśmy w boczną uliczkę, ale nie wszystkie - jedna koleżanka poleciała prosto, dlatego nas zgubiła. My zwiałyśmy do jakiegoś sklepu, a ona zaczeła do nas dzwonić, by nas znaleźć - no i przywlokła za sobą tego miśka, który zaczął na nas czekać pod sklepem. W końcu, po jakichś 10 minutach zapłaciłyśmy mu, paląc się ze wstydu. Teraz jednak chyba nie jestem zawstydzona, ponieważ mam co wspominać - ubaw był nieziemski, choć jednak pechowy dla nas. :) 

JaneS
Pech? W moim słowniczku to słowo zamieniło się z literką A miejscami- występuje jako pierwsze.
Ileż razy zdarzyły mi się momenty, gdy musiałam się tłumaczyć? Oj, dużo.
Ile to razy spaliłam buraka przy innych? Nie zliczę.
Ile razy się wtedy śmiałam? Muszę przyznać, że praktycznie ani razu…
Cóż, nie były to chwile do śmiechu. Tak myślałam wtedy, ale z perspektywy czasu wiem, że wyglądało to niebywale zabawnie z miejsca widzów :)

Zdarzyło się to dosyć niedawno w poniedziałek. Byłam wtedy w szkole (ehh, jak ja nie lubię poniedziałków :)) Tego dnia miałam akurat dwa języki ukraińskie. Pierwszy poszedł jak z płatka. Ciekawy temat, ciekawe zadania. Gdy zadzwonił dzwonek na dziesięciominutową przerwę, wszyscy wybiegli z klasy, Pani poszła do pokoju nauczycielskiego. Zostali tylko nieliczni, w tym ja. Rozmawiałam z koleżanką, gdy nagle za mną usłyszałam jakąś kłótnie. Moi dwaj nierozłączni koledzy… A dalej poszło z górki. Mój kolega Jarek stojący koło parapetu wziął doniczkę do ręki i rzucił ją do drugiego kolegi- Mikołaja. Nie muszę chyba pisać, że ten drugi był cały w ziemi… Jarek zaczął uciekać przed krwiożerczym spojrzeniem swojego przyjaciela, a Mikołaj jak się wkurzył, to odrzucił mu narzędzie zbrodni. Bogu ducha winna roślinka drasnęła ramię Jarka i wpadła do zmywaka. Dwaj byli całkowicie ubrudzeni ziemią. Jak dwie małe świnki :) Oglądałam tą komiczna sytuację z boku i gdy zamieszanie ustało zaczęłam się śmiać na cały głos. Wprost zaczęłam się tarzać ze śmiechu. Wszyscy patrzyli na mnie jak na wariatkę.
Jarek: No i z czego się śmiejesz?
Ja: Ahaha…
Jak mój kolega stracił do mnie cierpliwość, podszedł do mnie i rzucił prosto na mnie ziemię, która jeszcze przed chwilą była w jego włosach. Koniec końców skończyłam jak oni. Jak trzej muszkieterowie…

Teraz jak sobie o tym pomyślę, to banan sam pcha mi się na buzię. I jeszcze mina mojej Pani, gdy wróciła do klasy po dzwonku. Bezcenne :D 
 

Niekończące się Marzenia
Dawno, dawno, dawno temu.. no dobra nie aż TAK dawno, ale ładnych parę lat temu przytrafiła się dla mnie młodej, pięknej zbuntowanej kompromitująca sytuacja...
Będąc uczennicą liceum przemierzałam trasę do szkoły, niemałą bo w jedną stronę 36km, z jedną przesiadką. Pewnego razu musiałam kontynuować podróż ponieważ miałam umówioną wizytę u lekarza, jako,że bilet miesięczny był wykupiony do miejscowości w której się przesiadałam musiałam dokupić normalny bilecik, aby z czystym sumieniem legalnie podróżować dalej. Jak to w instytucji PKS-em zwanych bywa ceny potrafią ulec zmianie praktycznie z dnia na dzień. Traf a raczej mój pech chciał,że tego feralnego dnia podrożały o całe 20 groszy. niby nic a jednak coś bo akurat wtedy kochana mamusia mając dziwną manię (doprawdy nie wiem skąd jej się to wzięło bo nie jest skąpa) wyliczyła co do grosika pieniążki. I w tym momencie poczułam grozę sytuacji. Jechać bez biletu groziło mandatem, strach. Przeszukałam wszystkie kieszenie, zakamarki torby, nic. I doszło do mnie,że oto stoję przed strasznym zadaniem, musiałam iść ŻEBRAĆ , tak dokładnie tak, wiadomo nie znałam współpasażerów, więc o pożyczce nie było mowy... rozejrzałam się po autobusie, namierzyłam starszego pana (stwierdziłam,że miły wiekowy pan zrozumie biedną uczennicę i nie odmówi) podeszłam z cegłą na facjacie i niemalże szeptem zapytałam czy może mi dołożyć 20 gr do biletu, bo no, zabrakło jakimś cudem... nie było sensu tłumaczyć,że mamusia lubi wyliczać. Pan oczywiście z wyrozumiałym uśmiechem na twarzy podarował biednemu dziewczęciu, czyli mnie, te nieszczęsne 20 GROSZY (!!) szybko zakupiłam bilet, zbunkrowałam między siedzeniami i przyrzekłam sobie,że nigdy ale to nigdy więcej nie dopuszczę do takiej upokarzającej sytuacji.
Tego dnia poczułam co znaczy być żebrakiem, straszne doświadczenie, mamusia się ubawiła, naprawdę nie wiem z czego, mnie nie było do śmiechu. Zwłaszcza kiedy się ma te 17 lat i wiadomo na wszytko jest się jakoś dziwnie wyczulonym.  

Adriana B
Moja pechowa sytuacja, odnosi się do obrony pracy licencjackiej. Lecz nie do samej obrony wracam, lecz ok. miesiąc wcześniej. Gdy praca została napisana i całkowicie przeze mnie, i panią promotor sprawdzona, zaczęłam szukać, gdzie najtaniej ją wydrukować. Oczywiście wiadomo, że musi być w kilku egzemplarzach, więc budżet biednego studenta nieźle zostaje nadszarpnięty. Jest znalazłam, w Katowicach!(Nie wspominam, iż jest to ponad 30 km. od mojego miasta), lecz przy okazji załatwienia jakiejś sprawy, postanowiłam wydrukować i oprawić pracę. Szczęśliwa wróciłam do domu, z egzemplarzem pod pachą. Pełna w skowronkach dałam pracę mojej mamie, po kilku chwilach słyszę: "Ada, ale na stronie tytułowej masz błąd". Oblał mnie zimny pot. Zerkam i faktycznie, błąd nie wynikał z pisowni, lecz poznikały niektóre spacje, i to nie tylko na stronie tytułowej. Zrozpaczona uznałam, że nie mogę tak tego zostawić. Więc zerknęłam na swój plik: Wszystko w porządku, u mnie spacji nie brakuje - pomyślałam. I szybko zaczęłam pisać e-mail do punktu ksero, iż popsuli moją pracę. Oczywiście nie omieszkałam napisać, że przyjechałam z daleka i na pewno nie dojadę, by sprawę załatwić. Po wielu mejlach, uzyskałam odpowiedź, że jeszcze raz ją wydrukują i wyślą mi ją, a ja przy okazji mam kiedyś odnieść "zniszczony egzemplarz". Jak zostało powiedziane, tak się stało. Przy okazji obrony, poszłam do punktu ksero, odnieść wadliwy egzemplarz, na co Pani informuje mnie, że taka sytuacja nie miała u nich miejsca i nic o tym nie wie. Więc wyszłam z tego punktu główkując, co się stało? W domu, świętowałam zdanie pracy licencjackiej na piątkę, gdy nagle mnie olśniło. Zapewne zapytasz teraz gdzie ta śmieszna sytuacja? A więc, napisałam e-mail, nie do tego punktu ksero(Na tej samej ulicy znajdują się aż 4 punkty, w końcu blisko uczelni), i tak o to moim pechowym sposobem, zafundowałam sobie całkowicie za darmo, doręczony do rąk własnych egzemplarz pracy licencjackiej ;)  

Wymienione osoby proszę o przesłanie na wyżej wspomniany adres e-mail swoich adresów, jak uzyskam już wszystkie  przekaże je wydawnictwu by mogło wysłać nagrody!

Gratuluję wygranym i dziękuję wszystkim za udział w zabawie ;)  

11 komentarze:

  1. Gratulacje dla zwycięzców :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Historia Zjadam Skarpety rozbawiła mnie do łez... Serio? Nie wierzę, że to prawda ;) Gratuluję wygranej!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że Cię to rozbawiło, ja teraz na wspomnienie tego też się śmieję, ale wcześniej mi do śmiechu niestety nie było... :D I dziękuję za wyróżnienie mnie w konkursie przy okazji! :)

      Usuń
  3. Jeju, Bujaczku sprawiłaś mi ogromne zaskoczenie. :) Dziękuję serdecznie! :) I gratulacje dla pozostałych zwycięzców. :)
    Pozdrawiam!
    Sherry

    OdpowiedzUsuń
  4. Ledwo pozbierałam się po pierwszej wygranie, a tu zaskoczyła mnie druga. Bardzo dziękuję!
    Faktycznie wszystkie konkursowe zgłoszenia były bardzo dobre, a co najważniejsze przezabawne ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Wielkie gratulacje dla zwycięzców!

    OdpowiedzUsuń

Drogi Czytelniku!

Dziękuję za odwiedziny i pozostawiony po sobie ślad. Pamiętaj, proszę, o podpisie - lubię wiedzieć z kim mam przyjemność dyskutować. ;)

Pozdrawiam!