Konkurs: Opisz swoją najbardziej zabawną pechową sytuację

Jutro swoją premierę będzie miała najnowsza książka Olgi Rudnickiej "Fartowny pech", a ja już dziś dzięki wydawnictwu Prószyński i S-ka mam do rozdania 5 egzemplarzy, prosto z drukarni! Jednak żeby nie było zbyt łatwo wymyśliłam zadanie - baaaaaaaaaaaardzo trudne. ;)) Oczywiście żartuję, mam nadzieję, że spodoba wam się to co wymyśliłam i będziecie dobrze się bawić przy odpowiadaniu na zadanie konkursowe. 


Regulamin:
  1. Organizatorem konkursu jest autorka bloga "Zapatrzona w książki".
  2. Konkurs trwa od 09.06.2014 r. do 16.07.2014 r. (do godziny 23.59).
  3. Wyniki zostaną ogłoszone na blogu do dziesięciu dni roboczych od zakończenia konkursu.
  4. Zwycięzca jest zobowiązany wysłać maila z danymi adresowymi na adres konkursyb@o2.pl w ciągu trzech dni od momentu ogłoszenia wyników. Po tym terminie nastąpi wybór nowego zwycięzcy.
  5. Sponsorem nagród są: Wydawnictwo Prószyński i S-ka
  6. Zadania: Opisz swoją najbardziej zabawną pechową sytuację.
  7. Odpowiedzi wraz z adresem E-mail należy pozostawić w komentarzu wyłącznie pod tym postem.
  8. W konkursie mogą wziąć udział jedynie osoby posiadające adres korespondencyjny w Polsce.
  9. Do zdobycia jest pięć książek, których fundatorem jest wymienione wyżej wydawnictwo, a wartość nagród jest równoznaczna z kwotą znajdującą się na ich okładkach.
  10. Zwycięzcami konkursu zostaną osoby, których wypowiedzi najbardziej przypadną do gustu autorce bloga "Zapatrzona w książki”.
  11. Prawo do składania reklamacji w zakresie niezgodności przeprowadzenia konkursu z Regulaminem, służy każdemu uczestnikowi w ciągu trzech dni od daty wyłonienia jego laureatów. Należy je zgłaszać w formie e-maila na adres: konkursyb@o2.pl.
  12. Wyjątkowo wymagane jest by umieścić baner konkursowy u siebie na stronie (jeśli ktoś nie ma bloga może poinformować o konkursie np. na Facebooku).


Powodzenia!


26 komentarze:

  1. Oj zdecydowanie wezmę udział, zwłaszcza że już po jednej recenzji tej książki, mam na nią straszną ochotę, aczkolwiek muszę pomyśleć nad odpowiedzią konkursową :D Także... Jutro po szkole wstawię banerek na blogu, a tymczasem idę sobie przypominać moje dziwne, pechowe sytuacje :)
    Pozdrawiam!
    Sherry

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czekam w takim razie na zgłoszenie ;))

      Usuń
    2. Sherry musiała zrobić wielkie wejście, dlatego czekała na ostatni dzień konkursu, żeby zgłosić swoją pracę. :D (A tak szczerze: Sherry zastanawiała się co by tu napisać i zeszło jej tak do 16-tego :)). No, ale. Już jestem i piszę. :)

      Dawno, dawno temu, kiedy Sherry była jeszcze małą Sherry... No dobra, nie małą, ale mniejszą Sherry, chodziła do podstawówki i właśnie czekała na wakacje. Oczywiście lato zapowiadało się absolutnie CU-DO-WNIE, jak każda większa przerwa od szkoły, w tamtych czasach. Sherry wraz ze starszym bratem i kuzynem wierzyła, że wakacje będą naprawdę świetne, zwłaszcza że całą trójcą tworzyli niemalże dziecięcy, nierozłączny, wierny sobie gang. Zawsze coś się znalazło do roboty i zabawy. Mniejsza Sherry nie mogła się doczekać grania w piłkę nożną z dzieciakami z sąsiedztwa na polu sąsiada, ucieczek przed wspomnianym sąsiadem, który nie znosił, gdy dzieci urządzały sobie na jego polu psuedo wyimaginowany stadion, wycieczek nad oddalony o kilometr od domu wodospad w lesie, nieudolnego pływania w wodzie, improwizowanych zabaw, skakania po drzewach (właśnie tatuś i wujek wybudowali, wspomnianej wcześniej trójcy, domek na drzewie). Czyż nie zapowiadało się piękne lato?
      Odpowiem - tak, zapowiadało się piękne lato.
      Niestety los bywa okrutny, a pech tym bardziej. Sherry zawsze wyobrażała sobie Pecha i Szczęście jako takie dwie osóbki, które na przemian podają sobie piłkę. I tu należy zauważyć, że piłką było życie danej osoby.
      Wtedy, to Pech wyciągnął rękę po kulkę, złapał ją, potrząsnął i krzyknął: "KONIEC TEGO DOBREGO". A, że miał naprawdę dobry humor, objawił swoją wredotę niszcząc wszelkie marzenia, plany i pragnienia wakacyjne Sherry. Jak tego dokonał? Bardzo prosto. Posłużył się ku temu, swoim dobrym przyjacielem - Wypadkiem.

      Tamtego słonecznego dnia, dokładnie PIERWSZEGO DNIA WAKACJI (był naprawdę słoneczny i śliczny), mniejsza Sherry wraz z kuzynem (jak tak teraz myślę, nie mam pojęcia gdzie był wtedy trzeci członek gangu - mój brat) bawili się nad rzeczką, tuż obok domu. Zamiast piaszczystej plaży, mieli brzeg wody z kamyków, ale nie przeszkadzało im to, zwłaszcza, że bawili się troszkę dalej, na ziemi, pod domkiem na drzewie, budując miasteczko z większych i mniejszych kamieni. Ciekawostką może być to, że domki i w ogóle budynki budowane przez mniejszą Sherry, zawsze były uznawane za najładniejsze. :) Ale wtedy mniejsza Sherry wierzyła, że będzie dekoratorką wnętrz, więc... Dobra, odeszłam od tematu. W każdym razie, wróćmy do Pecha, bo o tym miała być ta historia.

      Usuń
    3. (druga część, mam nadzieję, że się doda :o)

      Więc Pech postanowił improwizować (a może wszystko zaplanował? Kto wie?). Kuzyn Sherry właśnie skrobał w ziemi drogi do miasteczka, kiedy mniejsza Sherry postanowiła wybrać się po mniejsze kamienie, by zbudować ogrodzenie wokół swoich domków. W tym celu wybrała się ku wspomnianemu wcześniej brzegowi obok rzeki. Sherry niestety nigdy nie udało się ukończyć ogrodzenia. Bowiem kiedy wstała i podążała do brzegu, nie zauważyła konaru drzewa, na którym był domek właśnie wybudowany (feralne drzewo. Niech go szlag). Mniejsza, rozpędzona Sherry runęła na twarz. W ostatnim momencie mózg postanowił interweniować, każąc rączkom Sherry wyciągnąć się i zamortyzować upadek. Rozległ się dziwny dźwięk (a może wcale go nie było, tylko mi się zdawało?) i Sherry już wiedziała, że coś jest nie w porządku. Prawa ręka (a tu nalezy zauważyć, że Sherry jest i zawsze była praworęczna, więc była ona o wiele ważniejsza od lewej) bolała jak diabli. Oczywiście nie obyło się od płaczu, wrzasków, przerażenia. Kuzyn Sherry od razu pobiegł po swojego tatę, a ten nakazał małej Sherry sprawdzić czy może zginać nadgarstek. Sherry niestety nie mogła, bo jak już wspomniałam - bolało jak diabli. Wujek jednak zbył jej zrozpaczone słowa machnięciem ręki mówiąc, że to NA PEWNO tylko niegroźne obicie. No cóż. Nie miał racji. Tata Sherry zabrał ją do szpitala gdzie okazało się, że nadgarstek jest złamany. A ile miała trwać kuracja i noszenie gipsu? No, kto zgadnie? Dwa miesiące. DWA MIESIĄCE.

      A jeśli ktoś zapomniał - ów wypadek zdarzył się PIERWSZEGO DNIA WAKACJI. Koniec końców gips został zdjęty (jeśli ktoś ma wątpliwości - nie kłamię. Naprawdę. To autentyczna historia) OSTATNIEGO DNIA WAKACJI. Czyli - jak ktoś już zdążył wysnuć - całe dwa miesiące mniejsza Sherry nosiła gips na rączce. I szlag trafił wszystkie plany. Szlag trafił granie w piłkę (inni grali, Sherry była sędzią), szlag trafił skakanie po drzewach (z oczywistych względów). Mała Sherry, kiedy już przeszła jej rozpacz, była po prostu wściekła. Wszyscy traktowali ją jak jajko, nikt na nic f a j n e g o jej nie pozwalał (żeby ręka mogła się zagoić).

      A co Pech na to? Pech na to tylko zatarł ręce z radości (nie wypuszczając z nich piłki. Utalentowany co?).

      Oczywiście z perspektywy czasu to wydaje się przezabawne. No bo kto by pomyślał, że można tak zepsuć komuś wakacje? Pierwszego dnia wakacji, wakacji - które zapowiadały się wspaniale, wszystko runęło jak domek z kart. I jak na ironię, gips KONIECZNIE MUSIAŁ być noszony przez cholerne DWA MIESIĄCE. Plusem z tamtego okresu jest fakt, że później miesiąc mniejsza Sherry nie musiała ćwiczyć na wuefie (już wtedy bestyjka wiedziała, że go nie znosi ^^), dostała odszkodowanie i... materiał do wspominania. :) Inna sprawa, że tamto złamanie, powtórzyło się ponownie. Również w podstawówce. Dwa lata później. Ale to już jest opowieść na inną okazję. :)

      Pozdrawiam,
      (starsza) Sherry

      Usuń
    4. Plus, trzeci komentarz z e-mailem: Alti15@wp.pl
      I kurczę przepraszam, że tak spamuję. :o

      Usuń
  2. Książka jest świetna, dlatego zachęcam wszystkich do udziału w konkursie.

    OdpowiedzUsuń
  3. Życzę powodzenia :-) Sama nie biorę udziału, bom w czepku urodzona ;-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Znownie wygram... Ja po prostu nie mam pecha ;) Nawet mandatu nigdy nie dostałam ;) Życzę wszystkim powodzenia!
    PS. Ksiażkę bardzo bym chciała...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jakby nie patrzeć, to może być Twój... pech ;)

      Usuń
  5. pilkanx@gmail.com

    Kilka lat temu, zdarzyło się tak, że obudziłem się kilka minut po dziewiątej. Spojrzałem wystraszony na budzik w komórce, oczywiście bateria padła, a ja zaspałem na egzamin. Wdziałem szybko marynarkę, koszulę i czarne lakierki (swoją droga strasznie brudne, ale nie było czasu na pastowanie) i wybiegłem z domu na autobus, jak opętany. Jadąc na uczelnie zdałem sobie sprawę, że kolokwium mam dopiero następnego dnia. Wróciłem więc do domu,a w nocy nastawiłem budzik (tak wypastowałem buty). Następnego dnia wstałem już spokojniej, zostawiłem sobie dodatkową godzinę. Jem śniadanie, aż tu nagle dzwoni telefon. Odbieram i słyszę "Dlaczego nie przyjechałeś na koło, miałeś oddać mi notatki". Zdziwiony powiedziałem, że dam radę mam przecież jeszcze godzinę. Okazało się, że profesor zamienił się z innym kolegom, o czym poinformował nas drogą mailową, poczty nie sprawdziłem :) Sesja poprawkowa i trzy :)

    Banerek dodany.

    OdpowiedzUsuń
  6. Wybrałam się na duże tygodniowe zakupy. Zapełniłam koszyk po same brzegi, wystałam swoje w długiej kolejce (bo to było przed długim weekendem :P), wypakowałam zakupy na taśmę, skasowane popakowałam w torby i okazało się, że zapomniałam portfela....Musielibyście usłyszeć jakimi epitetami zostałam obrzucona. Mnie to rozbawiło, długa kolejkę za mną, niekoniecznie :P

    baner dodany w zakładce Wasze rozdania :)

    OdpowiedzUsuń
  7. sylwia.czekanska@onet.pl

    Konkurs idealny dla mnie, bo pech prześladuje mnie od urodzenia. Trudno mi wybrać jedną sytuację. (Lustro rzeczywistości- mogę się z Tobą podzielić). Najbardziej pechowa, a zarazem śmieszna sytuacja jaka mnie spotkała wydarzyła się ponad 15 lat temu nad Morskim Okiem. Mówiąc krótko: Na jednym z dużych kamieni całą rodziną ustawiliśmy się do pamiątkowego zdjęcia. Nie wiem jak to się stało, że jedna z osób próbując się zmieścić w kadrze niechcący (choć kto wie?) strąciła mnie i wylądowałam w wodzie. Niestety nie umiałam pływać. Rodzice pobiegli na ratunek i wyciągnęli mnie- całą mokrą- na brzeg. Cała sytuacja skończyła się szczęśliwie, choć do teraz mam traumę. Mój tata musiał jednak zapłacić mandat, który wystawiła mu Straż Miejska, ponieważ obowiązuje tam zakaz pływania, a do Panów nie docierało, że ja ,,nie pluskałam się" w wodzie, a tonęłam. Nie wiem na ile była to dla mnie "zabawna" sytuacja, ale moja rodzina do teraz wspomina, jak wracałam kilka kilometrów w samych majtkach, owinięta foliowym płaszczem przeciwdeszczowym i boso. Dobrze, że byłam wtedy dzieckiem i nie przejmowałam się zbytnio ubiorem :D Po tylu latach wspominam tę sytuację z uśmiechem na twarzy.

    Banner dodany tutaj: http://recenzentkaksiazek.blog.pl/

    OdpowiedzUsuń
  8. gabaokey@gmail.com

    Pech prześladuję mnie od zawsze. Aż trudno wybrać mi jedną taką sytuację. Ta przydarzyła się całkiem niedawno:
    Gotowałam zapiekankę z makaronem i kurczakiem, wstawiłam naczynie do piekarnika i co jakiś czas sprawdzałam, czy zapiekanka jest już gotowa. Równocześnie, mój telefon leżał na podwyższeniu, na którym stał mały telewizor. Niżej wcześniej położyłam kubek z mlekiem, z myślą o zrobieniu sobie kawy. Podeszłam do piekarnika i zobaczyłam, że zapiekana się już przypieka - równocześnie usłyszałam, że dzwoni mój telefon, a raczej wibruje. Z naczyniem w rękach patrzyłam, jak moja komórka wibrującym krokiem przemieszcza się w stronę kubka i nagle do niego wpada. Chcąc szybko odłożyć zapiekankę, przypadkiem dotknęłam rękawicą kuchenną brzegu piekarnika i już po chwili... rękawica płonęła. Jakoś rzuciłam naczynie do piekarnika, w podskokach zdjęłam rękawicę i upuściłam ją do zlewu (na szczęście miałam tylko zaczerwienioną skórę) i zaczęłam ratować telefon pływający w mleku.
    Skończyło się tak: przypaliłam zapiekankę, zepsułam sobie telefon, spaliłam rękawicę i prawie ciężko się poparzyłam. Zabawne w tym wszystkim jest to, że jeszcze moja przyjaciółka się na mnie obraziła, bo nie odbierałam od niej cały dzień telefonu, a miała do mnie ważną sprawę.
    Pech? Jest, Zabawna sytuacja? Teraz, jak sobie to przypomnę to chce mi się tylko śmiać :)

    Baner na blogu jest: recenzentkaksiazek.blog.pl

    OdpowiedzUsuń
  9. Niestety mam wrażenie, że pech uwielbia się nade mną znęcać. Wiele razy podstawia mi specjalnie nogę, miesza skarpetki i znęca się, więc nie są mi obce śmiechy przechodniów. Nie mogę się zdecydować, mam 2 historie, których nie mogę za nic w świecie zapomnieć. Niestety to wszystko sprawka pewnej osoby, która lubi mnie upokarzać. Nosi imię Pech, Pan Pech. Mam nadzieję, że chociaż Wam poprawi humor... :)

    ***
    Było bardzo, bardzo mroźno. Wydawało mi się, że bariera w postaci szyby, oddzielającej mnie od bezlitosnej zimy nie istnieje. Spojrzałem na zegarek. Była 7:40. Pełen luz. Nie musiałem się spieszyć do szkoły, bo miałem do niej dwa kroki od bloku. Zacząłem więc powoli się ubierać i ścielić łóżko. Byłem zaspany, choć to chyba nie nowość. Każdy uczeń przez wszystkie szkolne dni jest przecież zaspany. Zszedłem na dół, odbijając się od poręczy schodów i począłem jeść. Pamiętam tylko pierwszą łyżeczkę... Zasnąłem. Obudził mnie głos mamy, który oznajmiał: „Synu! Za 3 minuty 8! Biegnij do szkoły!”. Zostawiłem płatki, rozlałem mleko, ubrałem buty i wybiegłem. Byłem bardzo zdezorientowany, nie wiedziałem co się dzieje, po prostu ślepo biegłem przed siebie... I stało się... Stało się na najbardziej tłocznej ulicy... Było bardzo mroźno, więc chodniki zamarzły, pokrywając się grubą warstwą lodu. Nie zauważyłem tego i poślizgnąłem się, zwracając uwagę wszystkich przechodniów. Z tego co pamiętam, to poleciałem dość wysoko, ludzie zaczęli się śmiać i... i w zasadzie tylko tyle pamiętam. Potem obudziłem się w szpitalu z lekkim wstrząśnieniem mózgu... A to PECH!

    ***
    Przyznaję się, tego dnia poszedłem na wagary. Nie chciało mi się po prostu iść na polski, matmę, angielski, chemię... No dobra, nie chciało mi się iść na nic! Właśnie włóczyłem się z kolegą po mieście, kiedy zaczęło lać. Burza. Postanowiliśmy więc przeczekać ją na przystanku autobusowym i wrócić już na siódmą godzinę, z litości do godziny wychowawczej... Ulewa minęła i wracaliśmy do szkoły. Na drodze było pełno kałuż. Nie ma to jak poczuć się dzieckiem i przeskakiwać kałuże! Hop, hop, hop... i tszszt. Kolega się zaśmiał, a ja złapałem się za tyłek. Niestety rozdarły mi się spodnie. Akurat teraz! Parę osób zmierzało za nami, więc przewiązałem bluzę w pasie, zasłaniając tył. Skończyło się na cichych śmiechach i tym, że nie poszliśmy na godzinę wychowawczą... Drogi panie Pechu, omijaj mnie chociaż po burzy, proszę!

    woojteek@onet.eu

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. banerek zamieszczony ! :)

      Pozdrawiam :)

      Usuń
  10. Sytuacja świeża, sprzed kilku dni, właściwie to powinnam palić się ze wstydu za coś takiego, bo nie świadczyło to dobrze o mnie, ale jednak wywołuje to u mnie jedynie rozbawienie.
    Właśnie kilka dni temu zdarzyło mi się pojechać z koleżankami w góry, w celu odpoczęcia od codziennych zajęć i rozluźnienia się - taki miły wstęp przed wakacyjnym lenistwem. Nie mogłyśmy nie zawitać do stolicy polskich gór i ich wizytówki - Zakopanego. Oczywiście w ruch poszły aparaty, fotografowałyśmy wszystko - podchodziłyśmy nawet do zwykłych ludzi, by zrobić sobie z nimi zdjęcia na pamiątkę. Z chęcią pozowali do zdjęć także górale i ich koniki, dlatego tylko nas to rozochociło. Spacerując po Krupówkach dostrzegłyśmy jednak takiego wielkiego pluszaka - no wiecie, takiego za którego przebierają się ludzie, a inni mogą się z nimi sfotografować. Ja osobiście obawiałam się mieć z nim zdjęcia, dlatego tylko stałam z boku, nawet nie bawiłam się w fotografa, jednak moje koleżanki korzystały z okazji i zrobiły ich mnóstwo. Jednak poczciwy misio, kiedy już odchodziłyśmy, poszedł za nami i powiedział, że pieniądze się należą... No a my zamiast się zrzucić i zapłacić, w końcu to nie był majątek, no to wzięłyśmy nogi za pas i zaczęłyśmy od niego uciekać - przez całe Krupówki. Boże, ludzie patrzyli na nas jak na idiotki - wyobraźcie sobie, 4 dziewczyny uciekające przed goniącym je pluszakiem! W końcu jednak skręciłyśmy w boczną uliczkę, ale nie wszystkie - jedna koleżanka poleciała prosto, dlatego nas zgubiła. My zwiałyśmy do jakiegoś sklepu, a ona zaczeła do nas dzwonić, by nas znaleźć - no i przywlokła za sobą tego miśka, który zaczął na nas czekać pod sklepem. W końcu, po jakichś 10 minutach zapłaciłyśmy mu, paląc się ze wstydu. Teraz jednak chyba nie jestem zawstydzona, ponieważ mam co wspominać - ubaw był nieziemski, choć jednak pechowy dla nas. :)

    elaluczkow@gmail.com

    Baner zostanie za chwilę umieszczony. ;)

    OdpowiedzUsuń
  11. e- mail: joanna.stoczko@op.pl

    Pech? W moim słowniczku to słowo zamieniło się z literką A miejscami- występuje jako pierwsze.
    Ileż razy zdarzyły mi się momenty, gdy musiałam się tłumaczyć? Oj, dużo.
    Ile to razy spaliłam buraka przy innych? Nie zliczę.
    Ile razy się wtedy śmiałam? Muszę przyznać, że praktycznie ani razu…
    Cóż, nie były to chwile do śmiechu. Tak myślałam wtedy, ale z perspektywy czasu wiem, że wyglądało to niebywale zabawnie z miejsca widzów :)

    Zdarzyło się to dosyć niedawno w poniedziałek. Byłam wtedy w szkole (ehh, jak ja nie lubię poniedziałków :)) Tego dnia miałam akurat dwa języki ukraińskie. Pierwszy poszedł jak z płatka. Ciekawy temat, ciekawe zadania. Gdy zadzwonił dzwonek na dziesięciominutową przerwę, wszyscy wybiegli z klasy, Pani poszła do pokoju nauczycielskiego. Zostali tylko nieliczni, w tym ja. Rozmawiałam z koleżanką, gdy nagle za mną usłyszałam jakąś kłótnie. Moi dwaj nierozłączni koledzy… A dalej poszło z górki. Mój kolega Jarek stojący koło parapetu wziął doniczkę do ręki i rzucił ją do drugiego kolegi- Mikołaja. Nie muszę chyba pisać, że ten drugi był cały w ziemi… Jarek zaczął uciekać przed krwiożerczym spojrzeniem swojego przyjaciela, a Mikołaj jak się wkurzył, to odrzucił mu narzędzie zbrodni. Bogu ducha winna roślinka drasnęła ramię Jarka i wpadła do zmywaka. Dwaj byli całkowicie ubrudzeni ziemią. Jak dwie małe świnki :) Oglądałam tą komiczna sytuację z boku i gdy zamieszanie ustało zaczęłam się śmiać na cały głos. Wprost zaczęłam się tarzać ze śmiechu. Wszyscy patrzyli na mnie jak na wariatkę.
    Jarek: No i z czego się śmiejesz?
    Ja: Ahaha…
    Jak mój kolega stracił do mnie cierpliwość, podszedł do mnie i rzucił prosto na mnie ziemię, która jeszcze przed chwilą była w jego włosach. Koniec końców skończyłam jak oni. Jak trzej muszkieterowie…

    Teraz jak sobie o tym pomyślę, to banan sam pcha mi się na buzię. I jeszcze mina mojej Pani, gdy wróciła do klasy po dzwonku. Bezcenne :D

    Baner konkursowy po dłuższym czasie problemów, został umieszczony (nawet tu miałam chwilowego pecha).

    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  12. daria0072@o2.pl

    hmm mój największy pechowy dzień no to było dosyć niedawno wszystko się zaczęło od tego że zaspałam no i biegiem na busa który mi usiekł ale na szczęście nie ma to jak autostop haha noi dotarłam do pracy .. w pracy masakra ;/ dostałam ochrzan no oczywiście musiało sie dostać mi noale szcęśliwa że to koniec dnia poszłam na busa który na szczęście stał hihi no szkoda że to nie było koniec pecha;/ pojechaliśmy busikiem i nagle bach .. okazało się że jakies pare kilometrów od mojego przystanku własnie brakło nam paliwa;/ noi trzeba było iść z buta i do tego wszystkiego zaczął padać deszcz;/ przyszłam przemoczona jak zmokły kot;( to był dzień;/

    OdpowiedzUsuń
  13. beatapos15@gmail.com
    Jakiś czas temu jak byłam u lekarza to w czasie badań lekarz kazał mi się rozebrać, a ja go nie zrozumiałam (bo mój mózg nie funkcjonuje jak trzeba :D ) i wzięłam wszystkie swoje rzeczy i wyszłam. Dopiero gdy byłam w drodze do domu zrozumiałam co ten lekarz powiedział i się do niego wróciłam, a wszyscy się tylko śmiali (wraz z lekarzem )Ale było za późno, bo już był kolejny pacjent. I nie dość, że na kolejną wizytę trzeba było czekać dwa miesiące to jeszcze wzieli mnie za jakąś chorą umysłowo.

    OdpowiedzUsuń
  14. W moim życiu nastąpił jakiś czas temu długo oczekiwany moment - obrona pracy licencjackiej: było to pewnego upalnego, lipcowego dnia, rzecz działa się w Warszawie, do której ja muszę "dojeżdżać". Przygotowana na zasadzki losu z domu wyruszyłam z zapasem czasu, do tego miałam jeszcze na głowie małe zakupy dla komisji. :) Najpierw okazało się, że w kasie sklepu nie działają czytniki kart płatniczych, a więc przeżyłam bieg do bankomatu, "no trudno" - myślę, "dam radę, mam jeszcze czas", następnie czekała mnie podróż tramwajem, który mimo upału był przyjemny - posiadał klimatyzację - "jest dobrze" myślałam jadąc lekko zestresowana na swój wydział. Aż tu nagle, w centrum miasta, tramwaj nagle stanął... okazało się, że jako czwarty w sznureczku, a tramwaj stojący jako pierwszy jest zepsuty.... Chcąc nie chcąc musiałam wysiąść i przygotować się na wędrówkę, w tym momencie poziom mojego stresu wzrósł dwukrotnie. Przeszłam kilka kroków, minęłam tramwaj "nr 3", a z niego wysiada... moja pani promotor (a tym samym członkini komisji egzaminacyjnej), moje zdziwienie naprawdę nie znało w tym momencie granic. Pani promotor od razu zażartowała "Pani Ewo, niech się Pani nie martwi - bez nas obu nie zaczną!". Razem zaczęłyśmy spacer na wydział, a w międzyczasie być może powiedziała mi jakiego pytania mogę spodziewać się od recenzenta, a być może nie, tego nie wie nikt! :) Jedno jest pewne mój ogromny pech w tak ważnym dniu niewątpliwie skończył się fartem, a z egzaminu wbrew wszystkim przeciwnościom wyszłam z oceną bardzo dobrą. Chociaż wtedy nie wydawało mi się to do końca zabawne, to dziś szczerze się z tego śmieję.

    ewarudnicka100@gmail.com

    Baner umieściłam na swoim blogu (na dole strony).

    OdpowiedzUsuń
  15. Dawno, dawno, dawno temu.. no dobra nie aż TAK dawno, ale ładnych parę lat temu przytrafiła się dla mnie młodej, pięknej zbuntowanej kompromitująca sytuacja...
    Będąc uczennicą liceum przemierzałam trasę do szkoły, niemałą bo w jedną stronę 36km, z jedną przesiadką. Pewnego razu musiałam kontynuować podróż ponieważ miałam umówioną wizytę u lekarza, jako,że bilet miesięczny był wykupiony do miejscowości w której się przesiadałam musiałam dokupić normalny bilecik, aby z czystym sumieniem legalnie podróżować dalej. Jak to w instytucji PKS-em zwanych bywa ceny potrafią ulec zmianie praktycznie z dnia na dzień. Traf a raczej mój pech chciał,że tego feralnego dnia podrożały o całe 20 groszy. niby nic a jednak coś bo akurat wtedy kochana mamusia mając dziwną manię (doprawdy nie wiem skąd jej się to wzięło bo nie jest skąpa) wyliczyła co do grosika pieniążki. I w tym momencie poczułam grozę sytuacji. Jechać bez biletu groziło mandatem, strach. Przeszukałam wszystkie kieszenie, zakamarki torby, nic. I doszło do mnie,że oto stoję przed strasznym zadaniem, musiałam iść ŻEBRAĆ , tak dokładnie tak, wiadomo nie znałam współpasażerów, więc o pożyczce nie było mowy... rozejrzałam się po autobusie, namierzyłam starszego pana (stwierdziłam,że miły wiekowy pan zrozumie biedną uczennicę i nie odmówi) podeszłam z cegłą na facjacie i niemalże szeptem zapytałam czy może mi dołożyć 20 gr do biletu, bo no, zabrakło jakimś cudem... nie było sensu tłumaczyć,że mamusia lubi wyliczać. Pan oczywiście z wyrozumiałym uśmiechem na twarzy podarował biednemu dziewczęciu, czyli mnie, te nieszczęsne 20 GROSZY (!!) szybko zakupiłam bilet, zbunkrowałam między siedzeniami i przyrzekłam sobie,że nigdy ale to nigdy więcej nie dopuszczę do takiej upokarzającej sytuacji.
    Tego dnia poczułam co znaczy być żebrakiem, straszne doświadczenie, mamusia się ubawiła, naprawdę nie wiem z czego, mnie nie było do śmiechu. Zwłaszcza kiedy się ma te 17 lat i wiadomo na wszytko jest się jakoś dziwnie wyczulonym.

    agaaa006@wp.pl

    baner siedzi;D

    OdpowiedzUsuń
  16. Moja pechowa sytuacja, odnosi się do obrony pracy licencjackiej. Lecz nie do samej obrony wracam, lecz ok. miesiąc wcześniej. Gdy praca została napisana i całkowicie przeze mnie, i panią promotor sprawdzona, zaczęłam szukać, gdzie najtaniej ją wydrukować. Oczywiście wiadomo, że musi być w kilku egzemplarzach, więc budżet biednego studenta nieźle zostaje nadszarpnięty. Jest znalazłam, w Katowicach!(Nie wspominam, iż jest to ponad 30 km. od mojego miasta), lecz przy okazji załatwienia jakiejś sprawy, postanowiłam wydrukować i oprawić pracę. Szczęśliwa wróciłam do domu, z egzemplarzem pod pachą. Pełna w skowronkach dałam pracę mojej mamie, po kilku chwilach słyszę: "Ada, ale na stronie tytułowej masz błąd". Oblał mnie zimny pot. Zerkam i faktycznie, błąd nie wynikał z pisowni, lecz poznikały niektóre spacje, i to nie tylko na stronie tytułowej. Zrozpaczona uznałam, że nie mogę tak tego zostawić. Więc zerknęłam na swój plik: Wszystko w porządku, u mnie spacji nie brakuje - pomyślałam. I szybko zaczęłam pisać e-mail do punktu ksero, iż popsuli moją pracę. Oczywiście nie omieszkałam napisać, że przyjechałam z daleka i na pewno nie dojadę, by sprawę załatwić. Po wielu mejlach, uzyskałam odpowiedź, że jeszcze raz ją wydrukują i wyślą mi ją, a ja przy okazji mam kiedyś odnieść "zniszczony egzemplarz". Jak zostało powiedziane, tak się stało. Przy okazji obrony, poszłam do punktu ksero, odnieść wadliwy egzemplarz, na co Pani informuje mnie, że taka sytuacja nie miała u nich miejsca i nic o tym nie wie. Więc wyszłam z tego punktu główkując, co się stało? W domu, świętowałam zdanie pracy licencjackiej na piątkę, gdy nagle mnie olśniło. Zapewne zapytasz teraz gdzie ta śmieszna sytuacja? A więc, napisałam e-mail, nie do tego punktu ksero(Na tej samej ulicy znajdują się aż 4 punkty, w końcu blisko uczelni), i tak o to moim pechowym sposobem, zafundowałam sobie całkowicie za darmo, doręczony do rąk własnych egzemplarz pracy licencjackiej ;)

    riana@wp.pl
    Baner się pojawił u mnie na blogu

    OdpowiedzUsuń
  17. Bujaczku, kiedy wyniki ? :)

    OdpowiedzUsuń

Drogi Czytelniku!

Dziękuję za odwiedziny i pozostawiony po sobie ślad. Pamiętaj, proszę, o podpisie - lubię wiedzieć z kim mam przyjemność dyskutować. ;)

Pozdrawiam!