Praca konkursowa - miejsce III

Trzecie miejsce Le Sherry zapewniło te oto opowiadanie ;)
Zapraszam do czytania! ;)

***


Opowieść Wigilijna

     Ciemnowłosa dziewczyna stojąca przed lustrem spoglądała co rusz na swoje odbicie, by zobaczyć czy wszystko jest tak jak być powinno. W tej jeden jedyny wieczór musiała wyglądać idealnie i to bez dwóch zdań! Służące i pomocnice kręciły się wokół niej i co jakiś czas poprawiały już i tak cudowny wygląd wybranki księcia. No… może określenie „wybranki” nie było w tym przypadku precyzyjnie dobrane.
Dziewczyna zanim się urodziła została przypisana jako narzeczona, potomkowi króla więc bez słowa sprzeciwu, musiała podporządkować się paktowi, zawartemu dawno temu przez jej rodziców. Matka przygotowywała ją na ten dzień od narodzin. Mówiła, że na pewno książę jej się spodoba, że z pewnością będzie uzdolniony, z nienagannym zachowaniem i wspaniałymi manierami. Gdy córka pytała ją czy obydwoje będą się kochać, a tym samym będą szczęśliwi, ta zaciskała usta w wąską linię i odwracała wzrok. Dziecko wiedziało co to znaczy – jej życie małżeńskie nie będzie idealne.  
Mimo wszystko, kilkanaście lat później stała przed lustrem i marszczyła czoło z niepokoju. Obawiała się, że okaże się zbyt pospolita dla księcia, a ten upokorzy ją za to publicznie. Nie była całkowicie przekonana do swojego wyglądu, choć wszyscy od lat mówili jej, że jest pięknym dzieckiem. Ona tymczasem miała swoje własne mniemanie na swój temat.
            Była średniego wzrostu oraz szczupłej sylwetki dziewczyną. Długie włosy koloru ciemnego kasztana bardzo przypominały barwą czarny, a ona nie za bardzo lubiła ten kolor i słyszała, że książę także go nie cenił. Mieniące się jasnym blaskiem, wielkie fiołkowe oczy otoczone wachlarzem gęstych rzęs wydawały jej się dziwne, a ona niespecjalnie chciała wyróżniać się jako ta „inna”.  Miała jasną cerę, a na jej owalnej twarzyczce niemal zawsze widniały rumieńce, które swoim kolorem przypominały malinowe usta, a te często wykrzywione były w sztucznym uśmiechu, który miał mówić: „wszystko jest jak najbardziej w porządku”.
            Dziewczyna miała słabość do ubierania się w eleganckie stroje i nie wyobrażała sobie wkładać na swoje delikatne ciało, innego materiału niż jedwab, atłas czy bawełna. Te cechy nie czyniły z niej próżną – po prostu była wychowana w takich warunkach. Jako dworska pani, córka jednego z bardziej liczących się Lordów miała życie, które niedaleko odbiegało od idealnego. No może z wyjątkiem jednego szczegółu – małżeństwa, które miało nastać w dzień jej szesnastych urodzin. Otaczający ją ludzie często jej tego zazdrościli. „Będziesz żoną księcia” – mówili, a ona odpowiadała: „Ale kto powiedział, że będę szczęśliwa?”. Odkąd sięgała pamięcią, bała się tego dnia. Dnia, który całkiem przypadkiem – przypadał w drugi dzień Świąt Bożego, które najbardziej w świecie kochała. Nawet nie chciała myśleć jak małżeństwo zepsuje jej tegoroczne dni radości.
            Westchnęła i dotknęła miękkiego materiału sukni. Sukni, która wyglądała po prostu anielsko.
            Szata wierzchnia była obszerna i fałdzista, rozcięta z przodu od krawędzi kołnierza w dół. Spięta na podwyższonym stanie ozdobną szarfą w kolorze złocistym. Rękawy wyglądały fantazyjnie: otwarte, sięgające ku ziemi, z ukosem pokrywającym się z linią biegnącą na zewnątrz ręki, wzdłuż łokcia. Jedwabny materiał przylegał ściśle do ciała nosicielki, a rozszerzał się dopiero w pasie, przewiązanym złotym pasem ozdobnym. Spódnica wyglądała bardzo szykownie. Miała piękne hafty przedstawiające dzikie odmiany kwiatów oraz ptaków, i całe mnóstwo falbanek. Mimo to, nie wyglądała przerażająco, jakby twórca przesadził z ozdobami. Wpasował wszystko w siebie tak, by wyglądało elegancko, ale niezbyt banalnie. Kolor również został dobrany idealnie. Szmaragdowy – który nie kłócił się z oczami panny. Na stopach miała pantofelki. Kręcone włosy opadały jej na szczupłe ramię, a niektóre kosmyki spięte były ozdobnymi kwiatami, wykonanymi z drogich kamieni.
            Wyglądała jak prawdziwa dama, mogąca poślubić syna króla, ale wcale się tak nie czuła. Wydawała się być przygnębiona i nieco przytłoczona wszystkim co miało ją spotkać tego dnia. Przez cały ten czas, nie zapominała, że nie tylko jej urodziny będą tego dnia obchodzone, ale również samego księcia. Ironią losu było, że obydwoje narodzili się w ten sam dzień, niemal o tej samej porze.
Przygryzła wargi, ale zaraz później oprzytomniała i potrząsając głową przypomniała sobie jak matka upominała ją, by tego nie robiła, gdyż to nie wyglądało elegancko.
- Czy lady Rivera jest gotowa do wejścia na salę balową? – Dziewczyna nawet nie zauważyła kiedy do komnaty weszła jakaś kobieta. Niepewnie skinęła głową, a chwilę później choć trochę zaczęła przypominać dawną siebie. Wyprostowała ramiona, uniosła dumnie podbródek i lekkim krokiem, z nie udawaną gracją skierowała się w stronę wielkiej Sali.
Tuż przed złocistymi, dębowymi drzwiami spostrzegła trzy postaci. Z trudem powstrzymywała się przed podbiegnięciem do jednej z nich i wpadnięciem w jej ciepłe ramiona. Matka posłała jej pocieszający uśmiech, jakby doskonale wiedziała jakie myśli trapią jej córkę.
- Isoldo, wyglądasz doprawdy urzekająco! – wykrzyknęła niewysoka, jasnowłosa kobieta stojąca tuż obok rodzicielki dziewczyny. Wnet ta pojęła z kim ma do czynienia.
- Pani Leticio, bardzo się cieszę, że wreszcie mam okazję panią poznać – ukłoniła się nisko
- Och, moje dziecko! Doprawdy, wyrosła z ciebie piękna, młoda dziewczyna! Toż to dla mnie zaszczyt, iż od jutra będziesz należeć do mojej rodziny! – wykrzyknęła entuzjastycznie królowa i uśmiechnęła się szczerym, promiennym uśmiechem, który rozjaśnił całą jej twarz. Wyglądała naprawdę fantastycznie. Miała na sobie błękitną suknię z atłasu i dużo biżuterii. Była nieco pulchniejsza od dziewczyny i w niemal tym samym wzroście co ona, ale życzliwość biła od niej strumieniami. Z opowiastek wieśniaków wynikało, że ta kobieta miała serce wielkie jak wszechświat i była niemal słońcem w ponurym średniowiecznym czasie, w którym aż się roiło od nieprzyjaciół i stale rozrastających się konfliktów.
- To raczej ja dostąpiłam zaszczytu – przyznała jej przyszła synowa, czym zasłużyła sobie na kolejny szeroki uśmiech.
- Ach Sabelino! Musisz być bardzo dumna z takiej córki!
- Uwierz mi moja pani, że jestem – matka spojrzała na nią z lekkim rozbawieniem. Isolda słyszała, iż te dwie niemal od zawsze świetnie się ze sobą dogadywały. Taka znajomość zdecydowanie nie przynosiła ze sobą niczego złego. 
- Dość tych rozmów, wejdźmy na Salę by świętować Boże Narodzenie – powiedziała trzecia postać. Isolda zauważyła, że był to pastor o przyjemnej twarzy i niebiańskim uśmiechu. Miał pomarszczoną twarz, nieco sine usta, miłe czekoladowe oczy i trzęsące się ręce. Był już w podeszłym wieku, ale w czasie tych kilkudziesięciu lat swojej egzystencji wzbudził wśród mieszczan i dworskiego ludu wielki szacunek. Był bardzo cenionym proboszczem tamtejszej parafii.
- Tak, tak! Całkiem bym zapomniała, że goście czekają! – królowa uniosła ręce do nieba, a później jednym machnięciem ręki nakazała rycerzom, by otworzyli dębowe drzwi. Te uchyliły się z cichym zgrzytem.
W środku czekali na nich niemal wszyscy ważniejsi przedstawiciele mieszczan i królewskich rodzin, którzy przyjechali do królestwa nie tyle na Boże Narodzenie, co na ślub księcia, który miał się odbyć następnego dnia. Stoły ustawione były w kształt przypominający literę „U”, dzięki czemu między nimi było mnóstwo miejsca na tańce i zabawę. Sala balowa była naprawdę ogromna. Sufit wspierany przez drewniane kolumny, ozdobiony szarfami w kolorach królewskich robił piorunujące wrażenie. Na nim zawieszone były żyrandole wykonane ze złota. Ściany pokryte były różnymi herbami, obrazami i malowidłami przedstawiającymi smoki, zamki, doliny i ważne osobistości. Parkiet przykryty kosztownymi i bogato zdobionymi dywanami przywiezionymi z dalekich krajów, również robił wrażenie. Niemal wszędzie poustawiane były wazy z różnokolorowymi kwiatami i ozdobami świątecznymi. Nad głowami gośćmi zwisała pięknie kwitnąca jemioła, po ścianach piął się bluszcz, a gdzieniegdzie można było zauważyć gałązki ostrokrzewu.
W powietrzu unosiły się piękne zapachy dań i świątecznych przysmaków. Na twarzach gości widniały uśmiechy, wszyscy się radowali, śmiali. Czas Świąt był naprawdę pięknym okresem. Chyba nie było osoby w królestwie, która nie dostrzegałaby jego uroku.
Gdy królowa, wraz z pastorem Heronem, Lady Sabeliną i jej córką Isoldą weszli do środka w komnacie zapanowała cisza. Każdy z ciekawością przypatrywał się przyszłej żonie księcia, a później zaczęły się szepty. Córka Lorda Rivera zrobiła na nich bardzo pozytywne wrażenie. Nikt nie mógł uwierzyć w to jaka jest piękna i z jaką gracją porusza się, idąc w stronę stołu najbardziej widocznego, gdzie było przygotowanych dokładnie dziesięć obitych w czerwony aksamit, eleganckich foteli. Z nich najbardziej wyróżniały się szczególnie cztery. Jeden oczywiście króla, z pięknymi ozdobami ze szlachetnych kamieni, drugi trochę niższy z przyczepionymi kwiatami, gdzie miała usiąść królowa Leticia no i dwa dla pary narzeczonych, przysypane płatkami róż. Pozostałe sześć miejsc obok było zarezerwowane dla matki i ojca Isoldy, biskupa, który miał nazajutrz połączyć więzłem małżeńskim młodych, pastora Heronema, drugiego syna króla, oraz jego córki, która niedawno obchodziła dopiero dziewiąte urodziny.
Królowa poprowadziła swoich honorowych gości do stołu, przy którym siedziało jedynie rodzeństwo królewskie. Dziewczynka miała jasne, niemal białe włosy oraz duże czekoladowe oczy. Uśmiechała się radośnie i promieniowała tym samym optymizmem co jej matka. Chłopiec obok niej wyglądał inaczej. Był o rok młodszy od Isoldy i czuć było od niego pewność siebie, a może nawet pychę. Ciemne oczy patrzyły na wszystkich z pogardą, usta wykrzywione były w dziwnym, złośliwym uśmieszku, a jego postawa świadczyła o tym, że nie jest idealnym synem dla swojego ojca. Może wynikało to z tego, że nie był pierwszy do objęcia tronu i zawsze przed nim stał ktoś inny. Przypominał zgorzkniałego starca, który prycha na wszystkich i beznamiętnie wpatruje się w pustkę.
W momencie gdy Isolda wraz ze swoją matką, królową oraz pastorem doszli do stołu, wielkie wrota otwarły się. Do Sali weszła cała gwardia rycerska, wymachując chorągiewkami i szarfami. W pierwszej kolejności Isolda zobaczyła króla. Miał nieco siwe już włosy, oczy w kolorze karmelu i usta wygięte w uśmiechu pełnym zadowolenia. Ubrany był w elegancką, bogato zdobioną szatę i czerwony płaszcz. Na jego głowie spoczywała korona wykonana ze złota i rubinów. Za nim podążał biskup o pełnym powagi spojrzeniu i bystrych piwnych oczach, oraz kręconych włosach wyłaniających się spod okrycia głowy. Tuż obok kroczył Lord Rivera – dumnej postawy mężczyzna o sylwetce prawdziwego rycerza. Na jego twarzy widniały pierwsze objawy starości, lecz oczy koloru szafirów nie traciły jasnego, zdrowego blasku. To po nim, przyszła żona księcia, odziedziczyła łagodne rysy twarzy i małe, malinowe usta. Resztą przypominała matkę. Lord Rivera ubrany był w piękne, ozdobne szaty wyjściowe w kolorze srebrnym i szmaragdowym. Kolorystycznie idealnie zgrał się z suknią żony.
To jednak nie jego widok wzbudził w Isoldzie ciekawość. Jej wzrok od początku skupiał się wyłącznie na jednej osobie. Książe Theobald – jej przyszły mąż wyglądał… nieziemsko. Miał włosy koloru piasku na pustyni i duże, przenikliwe, szmaragdowe oczy, które zapewne odziedziczył po matce. Był wysoki i umięśniony, jednak nie na tyle, aby jego wygląd wzbudzał jakieś poczucie mniejszości u innych. Dzięki dość smukłej sylwetce, chłopak poruszał się ze zwinnością i gracją dzikiego kota. Jego usta wygięte były w łobuzerskim uśmiechu, przez który większość dam na Sali traciła oddech. Jego spojrzenie wędrowało od ściany do ściany, wyglądał jakby to jak prezentowało się pomieszczenie robiło na nim duże wrażenie i było dla niego ważne. Isolda pomyślała, że czuł się związany z tym miejscem. Najprawdopodobniej wchodził tu przez lata swojej egzystencji mnóstwo razy. Przez całe swoje życie jadał uczty w tej Sali, a nazajutrz miał mieć tu swoją własną, weselną uroczystość. Po szesnastu latach…
Ich spojrzenia w końcu się spotkały. Książę lustrował ją od stóp do głów. Dziewczynie przechodziły ciarki po ciele, kiedy tak wędrował wzrokiem po jej szczupłej sylwetce, kiedy jego oczy skupiły się na jej ustach, włosach, oczach. Nie wiedziała jakie wywarła na nim wrażenie, bowiem chłopak niemal natychmiast odwrócił wzrok. Zasmuciła się. Czuła, że mu się nie spodoba… po prostu wiedziała, że tak będzie! Z całych sił walczyła z nadciągającymi łzami. Matka pogładziła ją po ramieniu, jakby dodając otuchy. Córka spojrzała na nią dziękczynnie. Chwilę później wszyscy usiedli przy stole.
Przyszła księżniczka musiała zająć miejsce obok swojego narzeczonego. Niespecjalnie cieszyła ją ta perspektywa. Musieli jednak dbać o pozory. Obserwował ich biskup i mnóstwo ważnych ludzi, których zdanie bardzo się w królestwie liczyło. Isolda nie mogła przestać się kręcić na miejscu, dopóki kapłan nie odmówił modlitwy i nie pobłogosławił gospodarzy oraz posiłku. Chwilę później do Sali zaczęli wchodzić służący ze srebrnymi tacami. Chcąc nie chcąc, zaczęła grać rolę idealnej narzeczonej.
Król gawędził z jej ojcem, a królowa z pastorem. Jej matka tymczasem uraczyła swoimi intrygującymi historiami biskupa, który sprawiał wrażenie dość zadowolonego z sytuacji, w której się znalazł. Rodzeństwo królewskie milczało, choć dziewczynka szczerzyła ząbki, w przeciwieństwie do swojego starszego, nieco mrocznego brata, który ani na chwilę nie spuszczał wzroku z Isoldy. Dziewczyna źle się czuła będąc przeszywana jego nieco dziwnym, tajemniczym spojrzeniem. Na Sali tymczasem panował gwar, ludzie śmiali się i rozmawiali ożywionymi głosami. Zazdrościła im tego, jacy byli zrelaksowani. Instynktownie wiedziała, że powinna zająć rozmową swojego przyszłego męża, ale nie miała pomysłu ani ochoty na pogawędkę z nim. Wcześniej nigdy się nie widzieli, nie zostali sobie przedstawieni. Jedynie formalnie, kiedy mieli chyba po dziesięć lat, jednak wtedy myśleli o swoim ślubie jak o bardzo odległym wydarzeniu. Cóż. Przyszło szybciej niż im się to wydawało.
Odchrząknęła czując narastającą w jej gardle gulę. Zaczęło jej się robić duszno z nerwów.
- Więc… pani? – odezwał się nagle książę Theobald, a jego wzrok znów spoczął na niej. Wcale nie poczuła się lepiej. – Nie zostaliśmy sobie przedstawieni.
- Isolda – podała mu swoją dłoń, a on ją uniósł do swoich ust i delikatnie pocałował. Dotyk jego warg był jak muśnięcie wiatrem na jej skórze.
- Theo -  myślę, że możemy sobie darować tytuły szlacheckie – uśmiechnął się. Jego młodsza siostra zachichotała. Ten, jakby sobie zdał sprawę z jej obecności. – Pragnę ci przedstawić księżniczkę Clarice - małą, zamkową psotnicę – posłał jej olśniewający uśmiech. Później zwrócił głowę w kierunku swojego brata i mina nieco mu zrzedła. – A to książę Alan – zacisnął usta w wąską linię.
Przyszła księżniczka popatrzyła na niego. Wyglądał naprawdę niebezpiecznie, a ponadto na jego ustach widniał uśmieszek wyższości. Miał minę jakby skrywał przed światem jakiś wielki sekret, który może się dla nich wszystkich okazać zgubą. Promieniował dziwną mieszanką pewności siebie i arogancji. Był niebezpieczny.
Isolda oderwała się myślami od tajemniczego księcia dopiero wtedy, gdy służba położyła przed nią na stole głowę dzika. Czuć było także rozmaryn. Dziewczyna poczuła jaka jest głodna dopiero, gdy do jej nozdrzy dotarł cudowny zapach jedzenia. Posilając się, rozmyślała o Świętach, o tym co nastąpi następnego dnia. Aby nerwy nie przejęły nad nią kontroli, rozglądnęła się po Sali.  
Boże Narodzenie zawsze obchodzone było hucznie i wesoło. Na stołach stały dzbany z winem, piwem oraz innymi napojami powodującymi upojenie. Gdy rozległa się muzyka, mnóstwo par podniosło się ze swoich miejsc i podążyło na środek Sali balowej, gdzie zaczęli tańczyć. Isolda w tym czasie rozmawiała z królem i jego małżonką. W mig spostrzegła, dlaczego jej ojciec tak sobie cenił swojego władcę. Był zabawny, zdumiewająco dobry i doskonale rozumiał sytuację, w której się ona znalazła. Wyraził swoje współczucie nad śmiercią jej dziadka, która miała miejsce kilka tygodni wcześniej, a później posłał swojemu pierworodnemu synowi krótkie, znaczące spojrzenie. W następnym momencie książę Theo stał już przy niej i wyciągał do niej rękę, prosząc ją w ten sposób do tańca. Oczywiście wiedziała, że nie wolno jej odmówić. Nie jemu.
Podążyli na sam środek parkietu i tam, między wieloma parami zaczęli poruszać się eleganckimi ruchami do pięknej melodii. Książę przycisnął ją do swojego ciała i zaczął prowadzić do tańca. Przez cały ten czas nie odwracał od niej wzroku. Jego oczy były jedną wielką głębią, w której można było się zanurzyć i nigdy już nie uwolnić. Otrzeźwiała dopiero kiedy przypomniała sobie, jak wcześniej książę opuścił wzrok. Tak jakby mu się nie spodobała. Jakby była nie dość dobra…
Poczuła jak ktoś ją popycha, a w następnym momencie była już w ramionach swojego narzeczonego. Było jej ciepło, ale nie na tyle, aby zapomnieć. Wyprostowana i milcząca, rozejrzała się. Pomiędzy tańczącymi przemykała sylwetka księcia Alana. To on musiał być odpowiedzialny za jej niedoszły wypadek. Zastanawiała się czy jej nie lubi, czy po prostu chciał zrobić przyjemność starszemu bratu. Pierwsza opcja wydawała jej się prawdopodobniejsza. Poprawiła suknię i znów spojrzała na Theobalda. Patrzył na nią zamyślonym wzrokiem, jakby chciał odkryć tajemnice jej duszy.
W następnym momencie została poproszona do tańca przez jakiegoś młodego człowieka, więc z ulgą spędziła kolejne minuty na wykonywaniu czynności, którą bardzo lubiła. Bawiła się do północy z resztą zaproszonych gości. Poznawała różnych ludzi i zagłębiała się z królową Leticią w przeszłość Theo, która była dość interesująca. Młodzi spędzali mnóstwo czasu razem, choć nie w cztery oczy. Bała się z nim zostać sam na sam. Bała się tego o czym mogliby razem rozmawiać. Bała się, że nie jest dość dobra. Mimo wszystko te uczucia nie zmniejszyły radości jaką odczuwała tego dnia. Kochała Boże Narodzenie i entuzjazm jaki wywoływało.
Nocą kiedy wszyscy kładli się spać ona wciąż myślała o udanym popołudniu. Spokój został przerwany w jednej sekundzie. Ciszę rozdarł przerażający krzyk. Zarzuciła na siebie szatę i wybiegła ze swojej komnaty z dudniącym w piersi sercem. Zauważyła jak reszta zaniepokojonych ludzi przemyka obok, więc postanowiła udać się z nimi. Tłum zatrzymał się na dziedzińcu przed zamkiem. Jakieś kobiety jęczały i zakrywały sobie oczy rękoma, a starcy wykonywali znaki krzyża i wznosili dłonie do nieba. Strażnicy odsuwali wszystkich od marmurowej fontanny. Isolda podeszła bliżej, a chwilę później poczuła mdłości. Na ziemi leżało ciało biskupa, który miał udzielić jej ślubu. Oprócz wbitego w ciało noża, miał zdartą z twarzy skórę, jakby ktoś go żywcem torturował. W oczodołach widniały białka bez źrenic, a reszta ciała była skrwawiona, jakby ktoś wylał na mężczyznę wiadro farby.
Dziewczyna myślała, że nie może być gorzej, ale wtem zobaczyła kogo trzymają strażnicy. Chłopak był średniego wzrostu, miał cień zarostu na twarzy oraz duże, piwne oczy i włosy koloru najciemniejszej nocy. Zgrabne ciało w tamtym momencie było pobite i poobijane, jakby stoczył bójkę, a ręce miał zakrwawione. Isolda dopiero wtedy zdała sobie sprawę, że wie kto popełnił takie morderstwo i dlaczego. Wiedziała, że sztylet, który spoczywał w klatce piersiowej biskupa, był przeznaczony dla księcia Theobalda. Wiedziała, że to ona jest odpowiedzialna za dokonaną zbrodnię.
Oczy zbrodniarza spotkały się z jej spojrzeniem. Chłopak uśmiechnął się szeroko.
- Nikt nas nie rozdzieli – powiedział, a później zwiesił głowę i zamknął oczy, gdyż strażnik uderzył go w skroń. Stracił przytomność.
- Henry… - jęknęła i poczuła jak spada. To ojciec złapał jej małe ciało, zanim uderzyło o ziemię. Lady Rivera podbiegła do córki i zerknęła na nią. Gdy upewniła się, że ta tylko straciła przytomność, dała znać strażnikom, by zabrali stąd Henry’ego. Czekała go najprawdopodobniej kara śmierci, a to tylko dlatego, że kochał Isoldę i nie chciał dopuścić do jej ślubu. W ich miasteczku był rzemieślnikiem. Zawsze zachowywał się nienagannie. Szanował wszystkich ludzi, był grzeczny, miły i pomocny. A jednak gdy stracił kogoś kto był mu najbliższy zwariował. Jego dziwne ataki zaczęły się jeszcze zanim państwo Riverowie opuścili wioskę. Całymi nocami próbował dostać się przez okno, do komnaty swojej miłości. Najgorsze jednak w tym wszystkim było to, że ona go nie kochała. Owszem – lubiła i ceniła go sobie, jednak nigdy nie darzyła go uczuciem.
- Co tu się dzieje?! – rozległ się wrzask króla Williama. Biegł w aksamitnym szlafroku, a za nim podążała jego żona i cała trójka dzieci. Lord Rivera począł wyjaśnianie z prawdopodobnego powodu dokonania morderstwa. Królowa Leticia zbladła.
- Co z Isoldą? Biedna dziewczyna… zawołam medyka! – wykrzyknęła, ale w tym momencie, nieprzytomna dama uniosła powieki. Przestraszona, że ma kłopoty zaczęła przepraszać wszystkich. Matka próbowała ją uspokoić, jednak wyglądało na to, że to paranoja.
- Alanie… - szepnęła prosząco królowa i posłała synowi znaczące spojrzenie. Młody, tajemniczy książę, który niegdyś miał lekcje u miejscowego alchemika podszedł do narzeczonej brata i jednym zgrabnym ruchem przytrzymał jej twarz w miejscu oraz nakazał otworzyć usta. Gdy usłuchała, wlał jej do środka lekarstwo na uspokojenie. Zawsze nosił je przy sobie. Na wszelki wypadek.
- Leki zaraz powinny zacząć działać – mruknął. – Proponuję abyście wzięli dziewczynę stąd. Może mieć niezbyt miłe wspomnienia.
Theobald, który do tej pory stał cicho z boku, podniósł swoją przyszłą żonę i zaczął nieść w kierunku zamku. Wszyscy pomyśleli, iż wreszcie zachowuje się jak powinien. Troskliwie i pomocnie. Grzecznie. Zaniósł ją do Sali balowej, która nadal była udekorowana świątecznymi dekoracjami. Przede wszystkim jednak – czuć było tam radość, spokój, pewien optymistyczny nastrój. Położył ją na fotelu, a sam ukląkł przed nią.
- Jak się czujesz? – spytał całkiem poważny.
- To wszystko moja wina…
- Nieprawda Isoldo. Nie miałaś na to wpływu.
- To mogłeś być ty!
- Ale nie byłem – zapadła na chwilę cisza. Po raz pierwszy oboje pomyśleli, że może jednak wcale jako małżeństwu nie będzie im ze sobą źle. Już czuli się od siebie uzależnieni i za siebie odpowiedzialni.
- Ja… chciałem cię przeprosić. To małżeństwo przekreśla ci życie – wyszeptał skruszony, jakby faktycznie żałował, że dziewczyna musi robić coś wbrew sobie. Isolda patrzyła na niego z zaskoczeniem, a później nagle szeroko się uśmiechnęła.
- Myślę, że jest zupełnie na odwrót, mój panie – powiedziała i zachichotała. Theobald spojrzał na nią i również jego kąciki ust uniosły się ku górze. Patrząc w jej fiołkowe oczy widział swoją przyszłość. Oni we dwoje, jako przyszli władcy. Oni razem wychowujący dwójkę brzdąców. W tamtym momencie, ani jemu, ani jej przez myśl nie przeszło by rozważać zabójstwo biskupa.
- Co ze ślubem? – spytała lady Rivera, nieco zaniepokojona.
- Nic się nie martw moja mała. Czuję, że wszystko się ułoży… - wymruczał i przybliżył swoją twarz do jej w nagłym porywie odwagi. Gdy ich usta się spotkały, obydwoje poczuli, że jego słowa mogą być prawdziwe.
Ani jedno, ani drugie nie zauważyli, że nad ich głowami rozkwitała jemioła. Symbol wiecznej miłości.

1 komentarze:

  1. Wonderful blog! I found it while surfing around on Yahoo News.
    Do you have any suggestions on how to get listed in Yahoo News?
    I've been trying for a while but I never seem to get there!
    Thanks

    Buy Online Success Apprentice

    OdpowiedzUsuń

Drogi Czytelniku!

Dziękuję za odwiedziny i pozostawiony po sobie ślad. Pamiętaj, proszę, o podpisie - lubię wiedzieć z kim mam przyjemność dyskutować. ;)

Pozdrawiam!