poniedziałek, 15 grudnia 2014

Bajdurzenie rocznicowe / Konkurs rocznicowy #4


Cześć!

W dniu dzisiejszym nie przychodzę do was z żadną recenzją, zapowiedzią czy czymś innym, a postem urodzinowym. Tak! Tak! Zapatrzona w książki kończy już 4 lat, a ja w dalszym ciągu nie mogę do końca uwierzyć, że wytrwałam tyle czasu, że się nie zniechęciłam tylko wytrwale brnę do przodu.Poszerzam horyzonty czytelnicze, coraz lepiej (chyba) piszę i poznaję ogrom ciekawych książek oraz ludzi. To jest baaaaaaaaaaaaaaaaaaaardzo fajne. Lubię to miejsce, lubię dzielić się wrażeniami z innymi i rozmawiać o przeczytanych książkach. ;)

Z reguły na prawdę nie patrzę na liczby, ale ten jeden raz na jakiś czas... Przez cztery lata istnienia bloga napisałam 986 postów, z tym 987, zyskałam 486 obserwatorów poprzez bloggera i tylko w tym roku 457 obserwatorów przez Google+, napisaliśmy razem 16598 komentarzy i moje dziecię zostało wyświetlone aż 427079 razy! Dziękuję za każde odwiedziny, komentarze, sugestie, zwracanie uwagi, dobre słowo. W sumie to za wszystko DZIĘKUJĘ! Jestem też wdzięczna wydawnictwom/portalom/autorom za zaufanie i wyrozumiałość. 

Blog jest moim małym światem, w którym mogę rozmawiać o tym co mnie interesuje z ludźmi, którzy podzielają moją pasję i jak ja nie mogą oprzeć się nowej książce, mają swoje rytuały i różne dziwne rzeczy związane z czytaniem. To tutaj zawarłam kilka przyjaźni i spotkałam bratnie dusze, a co lepsze, myślę, że to nie koniec i jeszcze wiele przede mną. Czekam na to, na kolejne wyzwania, nowe książki i historie... ;) Dalej chcę czerpać z tego tyle przyjemności, co do tej pory i rozwijać się wraz z blogiem. ;)

Pomarudziłam wam trochę, to teraz przejdę drugiej ważnej sprawy. Lubię was rozpieszczać i uwielbiam jak zaskakujecie mnie swoją kreatywnością. Dlatego... mam dla was konkurs! ;)  Szczegóły znajdziecie w regulaminie, a pod nim nagrody, ich pula może się zwiększyć. :)





 

1. Organizatorem konkursu jest autorka bloga "Zapatrzona w książki".
2. Konkurs trwa od 15.12.2014 r. do 15.01.2015 r. (do godziny 23.59).
3. Wyniki zostaną ogłoszone na blogu do dziesięciu dni roboczych od zakończenia konkursu.
4. Zwycięzca jest zobowiązany wysłać maila z danymi adresowymi na adres konkursyb@o2.pl w ciągu trzech dni od momentu ogłoszenia wyników. Po tym terminie nastąpi wybór nowego zwycięzcy.
5. Sponsorem nagród są: Wydawnictwo Filia, Wydawnictwo MG, Wydawnictwo Św. Wojciech, Wydawnictwo Foksal, Wydawnictwo Znak, księgarnia Empik
(Nagrodami w konkursie są również książka Wydawnictwa Mira)
6. Aby wziąć udział w konkursie należy pod tym postem pozostawić komentarz, który będzie zawierał Wasz nick i adres mailowy, z którego będziecie przesyłać prace konkursowe.
7. Zadania (można wybrać jedno):
  • Przedstaw zimową miłość/ miłość Świąteczną swoimi oczami (forma dowolna: zdjęcia, rysunki, wyklejanki i co wam tylko wpadnie do głowy),
  • Napisz opowiadanie z przewodnim tematem miłości zimowej/ miłości Świątecznej.
8. Prace konkursowe należy przesyłać na adres: konkursyb@o2.pl w tytule wpisując hasło: „Konkurs rocznicowy #4".
9. W konkursie mogą wziąć udział jedynie osoby posiadające adres korespondencyjny w Polsce.
10. Do zdobycia są trzy zestawy książek, których fundatorami są wymienione wyżej wydawnictwa, księgarnie, a wartość nagród jest równoznaczna z kwotą znajdującą się na ich okładkach.
11. Zwycięzcami konkursu zostaną osoby, których wypowiedzi najbardziej przypadną do gustu autorce bloga "Zapatrzona w książki”.
12. Prawo do składania reklamacji w zakresie niezgodności przeprowadzenia konkursu z Regulaminem, służy każdemu uczestnikowi w ciągu trzech dni od daty wyłonienia jego laureatów. Należy je zgłaszać w formie e-maila na adres: konkursyb@o2.pl.


Jeszcze raz dziękuję za to, że jesteście i życzę powodzenia w konkursie! ;)

niedziela, 14 grudnia 2014

Ach ten wstyd!



„Kiedy byłam mała i cierpiałam po stracie przyjaciółki, mama powiedziała mi, że niektóre znajomości po prostu się kończą. Błyszczą jasno jak gwiazdy, aż pewnego dnia nagle znikają. Wypalają się”.*

Każdy ma coś czego się wstydzi, czasem są to rzeczy błahe, ale bywają też takie wielkie, których nie da się ukryć bądź zniwelować. Dość często to, co dla nas może być wstydliwe dla innych jest zwyczajnie głupie, bo pragniemy być jak wszyscy, poddać się presji tłumu i nie wyróżniać się w nim. Przez to zapominamy iż w pewnych momentach naszego życia musimy być pewni tego co chcemy zrobić, bo potem można tego bardzo żałować.

Bliss ma pewien problem, jako dwudziestodwulatka w dalszym ciągu nie utraciła dziewictwa. Jest jej z tym źle, bo uważa, że tylko ona jeszcze nie przekroczyła tej bazy. W tym przekonaniu utwardza ją przyjaciółka. Dziewczyna zabiera Bliss do baru, by ta znalazła potencjalnego kochanka, który pomoże pozbyć się kobiecie tego „ciężaru”. Spotyka tam Garrick’a, od samego początku czuć między nimi chemię i wszystko wskazuje, że TO stanie się właśnie tej nocy, ale nagle Bliss dopada lęk oraz wstyd i ucieka z domu zostawiając w własnym łóżku zdumionego i zakłopotanego mężczyznę. Po tym upokarzającym incydencie ma nadzieję, że nigdy więcej go nie spotka, ale okazuje się, że los chciał inaczej. Nieco później Garrick ponownie staje na jej drodze… jako wykładowca. Jak oboje zachowają się w zaistniałej sytuacji i jak poradzą sobie z buzującymi między nimi emocjami?

Miewam chwile, w których wręcz łaknę czegoś lekkiego, niezobowiązującego do intensywnego myślenia oraz zabawnego. Czegoś przy czym będę się zwyczajnie dobrze bawić. Ostatnio właśnie naszła mnie ochota na coś tego typu i tym razem padło na „Coś do stracenia”. Jak są moje wrażenia po przeczytaniu?

Dużo się naczytałam na temat tego tytułu i byłam świadoma, że zbiera on skrajne opinie. Niemniej kilka zaprzyjaźnionych blogerek wyrażało się o nim bardzo pochlebnie, a że mamy podobne gusta zabrałam się za czytanie bez większych obaw. I jak się okazało dobrze podejrzewałam, że się nie zawiodę. Historia wciągnęła mnie niemal od pierwszych stron i do samego końca trzymała w swoich kleszczach. Kartki przewracały się praktycznie same, a ja śledząc losy Bliss śmiałam się, cierpiałam i martwiłam w raz z nią. Nawet przez chwilę nie poczułam znużenia, nie przeszkadzała mi też schematyczność, którą od razu zauważyłam, ale nie irytowała mnie jak to często bywa. Cormack swoim poczuciem humoru, graniem na uczuciach oraz dawkowaniem emocji sprawia iż minusy schodzą na dalszy plan. Jestem zachwycona i oczarowana tą romantyczną historią, tym bardziej, że autorka stawia na emocje pozytywne, nie zrzuca na bohaterów tragicznej przeszłości.

Pomimo moich zachwytów nad tą książką jestem świadoma tego, że nie jest to nic nowego na rynku wydawniczym. Związek między uczennicą, a nauczycielem nie jest niczym świeżym. Z tych mi znanych par to Layken i Will oraz Aria i Ezra, a z tego co wiem jest ich więcej. Historia Bliss i Garick’a na początku bardzo przypomina tą Arii i Ezry, na szczęście później jest już lepiej, inaczej. Cora Cormack ma niesamowicie lekki i prosty w odbiorze styl pisania, okraszony dużą dawką humoru. Fabuła nie jest może skomplikowana, ale przemyślana i dopracowana, a co ważniejsze zaskakuje, bo dość często nie wiadomo co w danej chwili się wydarzy. To taka luźna, ale urocza  oraz zabawna opowieść o miłości, obok której nie da się przejść obojętnie. Autorka bardzo fajnie opisała relacje między główną bohaterką, a obiektem jej kłopotów, czuć te emocje między nimi, a sceny erotyczne są pełne smaku i napięcia. Jest naprawdę bardzo, bardzo dobrze.

Jeszcze muszę wspomnieć chociaż w dwóch zdaniach o bohaterach. Otóż Bliss zyskała moją sympatię swoim (nie)szczęściem do pecha oraz niezdarnością. Jest taka zwyczajną dziewczyną jakich wiele. Owszem, bywały chwile gdy mnie trochę irytowała, ale nie wpłynęło to na ocenę jej osoby. Urocza, zabawna, szukająca swojego miejsca w życiu i tego odpowiedniego faceta. Równie mocno polubiłam Garrick’a za to, że był taki poukładany i  odpowiedzialny, dbający o partnerkę, ale za razem namiętny, szczery, no i nieziemsko przystojny. Tych dwoje różni się od siebie, jak to tylko możliwe, ale zarazem świetnie się uzupełniają.

„Coś do stracenia” jest idealną pozycją dla miłośniczek romansów z nutką pikanterii oraz komedii. Niezwykle urocza i zabawna historia, która bawi, wzrusza, zachwyca i sprawia, że zapomina się o całym otaczającym świecie i przez chwilę żyje się losami bohaterów. Gorąco polecam!

„- Czasem to, czego najbardziej się lękasz, jest kluczem do odnalezienia szczęścia”.*

*Cora Cormack, „Coś do stracenia”
Autor: Cora Cormack
Tytuł: Coś do stracenia
Wydawnictwo: Jaguar
Rok wydania: 18 czerwca 2014
Liczba stron: 304

Losing It:
Coś do stracenia | Keeping Her (1.5) |Coś do ukrycia | Coś do scalenia | Seeking Her (3.5)

Wyzwania: Book lovers

piątek, 12 grudnia 2014

Najtrudniejsze zadanie




„Xi jest nieludzko zły, Różo, jego dusza jest czarna jak noc. W innych zachował się choć okruch człowieczeństwa, ale on jest jak wcielony diabeł”.*

Zawsze mamy jakieś wyobrażenie o znanych nam osobach. Tworzymy sobie w głowie obraz człowieka i na jego podstawie często stwierdzamy jaki ktoś jest. Uważamy, że znamy go na tyle, by z pewnością stwierdzać, że on/a tak by nie zrobili lub to właśnie do nich podobne. Szczególnie mocno utrwalamy w sobie kogoś kogo już z nami nie ma. Pielęgnujemy wspomnienia i nie dajemy powiedzieć na jego/jej temat nic złego. Tym bardziej więc boli oskarżenie tej osoby o bratanie się z wrogiem…

Po dwóch udanych misjach Jakie Djones wraz z przyjaciółmi udaje się na kolejną. Tym razem podróżują do Londynu w XVII w. oraz Kantochu. Ich zadaniem jest odnaleźć niezwykle niebezpiecznego i okrutnego Xi Xianga oraz pokrzyżować mu plany namieszania w historii. Dla Jakie’a ta wyprawa, to również próba uzyskania jakiś informacji na temat dawno zaginionego brata Filipa i przekonania się czy ten rzeczywiście przeszedł na stronę przeciwnika. Jak potoczą się losy podróżników i czy Jakie pozna w końcu prawdę o Filipie?

Damian Dibben przekonał mnie do swojej twórczości niezwykłą starannością i pomysłowością. Pierwsze dwa tomy Strażników historii bardzo mi się podobały i wprost nie mogłam doczekać się kolejnego. Byłam ciekawa co jeszcze może wymyślić autor. Gdy tylko „Chiński ekspres” zawitał u mnie w domu wzięłam się za czytanie. Jaki był tego efekt?

Ano niestety efekt był marny, bo za pierwszym razem coś nie załapało i książka musiała swoje odczekać. Nie wiem czemu, ale już na samym początku tknęło mnie, że tym razem tak fajnie i kolorowo nie będzie. Owszem, drugim razem udało mi się zakończyć czytanie i nawet szło mi to sprawnie, niemniej brakowało mi w książce jakieś takiej iskry towarzyszącej poprzednim częścią. Niby historia mnie ciekawiła, zżyłam się na nowo z bohaterami i kibicowałam im, by wszystko poszło po ich myśli, ciekawiły mnie losy Filipa i to jak zakończy się misja, ale nie ekscytowałam się tym tak, jak bym mogła sobie tego życzyć. Ale za to zakończenie daje nadzieję, że następna publikacja może być tak dobra, jak dwie pierwsze. Taką mam przynajmniej nadzieję.

Pomimo braku napięcia nie mogę odmówić autorowi umiejętności tworzenia fascynującego świata Strażników historii żyjących w tym zwyczajnym. Lekko, ale rzetelnie opisuje XVII-wieczny Londyn oraz Kantoch: to jak się żyło, ubierano i zachowywano. W przystępny sposób obrazuje jak było kiedyś, co może być ciekawostką zachęcającą do poszukania większej ilości informacji u innych źródeł. Sprawia, że wszystko do siebie pasuje i nie jest wyssane z palca. Odnosi się do historii, papierów, map, legend. Tworzy spójną, logiczną oraz realną całość. Dba o to by było różnorodnie, by cały czas coś się działo. Powoli ujawnia coraz więcej faktów i pozwala ułożyć nie pasujące elementy. Pod tym względem wszystko jest naprawdę dobrze.

Nie mam też zarzutu co do kreacji bohaterów. Zarówno jakie, jak każda inna postać posiada indywidualne cechy i dzięki temu każda jest inna. Podoba mi się ten kontrast między nimi, a także fakt iż mimo odmiennych cech tworzą się przyjaźnie, związki i znajomości. Z każdym kolejnym tytułem można zaobserwować zmiany zachodzące u niektórych osób, a zwłaszcza u najmłodszego Djonesa. Nadal pakuje się co rusz w tarapaty, ale widać, że już nie jest zagubionym nastolatkiem czującym, że nigdzie nie pasuje. Jest Strażnikiem, ma przyjaciół i swoje miejsce.

Książka ma plusy i minusa, i chociaż jest on jeden, to u mnie odegrał duże znaczenie. Po raz kolejny utwierdzam się w przekonaniu, że pomimo ciekawych pomysłów, dobrze stworzonej fabuły oraz bohaterów nie da się przymknąć oka na brak iskry sprawiającej, że pochłania się historię za jednym razem. Czy polecam? Myślę, że ci co czytali „Nadciąga burza” i „Cirus Maximus” prędzej czy później i tak sięgną po „Chiński ekspres”, ale ostrzegam, że jest słabszy pod względem budowanego napięcia. Zaś tych którzy serii nie znają zachęcam do sięgnięcia po pierwszy tom.
 
*Damian Dibben, „Chiński ekspres”, s. 200
Autor: Damian Dibben
Tytuł: Chiński ekspres
Wydawnictwo: Egmont
Rok wydania: 24 września 2014
Liczba stron: 304

Strażnicy historii:
Nadciąga burza | Cirus Maximus | Chiński ekspres

czwartek, 11 grudnia 2014

Wyniki: Konkurs Mikołajkowy!

Obiecałam szybkie wyniki i słowa dotrzymuję. :) Fajnie jest organizować konkursy, ale gdy przychodzi czas wybierania, to jestem w kropce. W tym przypadku jeszcze bardziej, bo bardzo mocno chciałabym spełnić wasze marzenia. ;) Nie mam niestety takiej możliwości, ale trzymam mocno kciuki, by wszystkie się zrealizowały. Tymczasem na pocieszenie mam dla dwóch osób kody na kalendarze. ;) Kogo tym razem wytypowałam? ;)
 
Przypominam iż...
  1. Zwycięzcy dostaną ode mnie maila wraz z kodem i terminem jego użyteczności, po tym jak napiszą maila na konkursyb@o2.pl w ciągu trzech dni od momentu ogłoszenia wyników. Po tym terminie nastąpi wybór nowych zwycięzców.
  2. Prawo do składania reklamacji w zakresie niezgodności przeprowadzenia konkursu z Regulaminem, służy każdemu uczestnikowi w ciągu trzech dni od daty wyłonienia jego laureatów. Należy je zgłaszać w formie e-maila na adres: konkursyb@o2.pl.
Zwycięzcami są...
Le Sherry!
Jestem zszokowana, że będę pierwszą osobą, która o tym napisze, ale jak dla mnie najlepszym prezentem byłyby po prostu książki. Tym bardziej, że nic oprócz nich, nie jest mi do szczęścia już potrzebne. Mam cudowną rodzinę, cudownie zapowiadające się Święta, a książek - jak wiadomo - nigdy dość.
Inne plusy otrzymania książki w ramach prezentu?
- Książka nie osądza. Ona rozumie.
- Książka nie jest na raz. Można do niej wciąż i wciąż powracać.
- Książka nie powie ci, żebyś przestała jeść tyle ciast, pierniczków i słodyczy.
- Książka zabierze cię w krainę wyobraźni i urzeczywistni tyle wspaniałych doznań.
- Z książką możesz podróżować po świecie, nie ruszając się nawet z fotela!
- Książka wymazuje szarą codzienność.
- Książka kocha, przebacza i rozumie, że musi nieraz trochę odsiedzieć na półce, zanim się za nią zabiorę. I nie narzeka!
- Książka jest papierowa, przyjemnie pachnie i idealnie nadaje się do roli wymówki czemu nie chcesz wyjść z domu na ten zimny, zimny śnieg.
- Z książką miło się śpi, a jeszcze milej czyta.
- Książka świetnie pasuje do krajobrazu "śnieg za oknem, w dłoni ciepła herbatka, a tuż obok stoi pachnąca świeczka" - nic tylko siedzieć i czytać!
- W Święta się ma dużo czasu wolnego. Oczywiście część należy się rodzinie, ale reszta? W końcu można wziąć się za książki! <3 A parę dodatkowych tytułów nie zaszkodzi, nie?
- Jeszcze nie słyszałam, żeby ktoś umarł od czytania.

oraz
cnbdjs
Mój wymarzony prezent znajduje się jakieś tysiące lat świetlnych od naszego domu, Ziemi. Jak już mogę sobie pomarzyć, to chciałabym coś bardzo, bardzo niezwykłego, a co, należy się, bo byłam naprawdę grzeczna! Święty Mikołaju, podaruj mi proszę jeden z najbardziej romantycznych prezentów, jakie świat widział – gwiazdkę z nieba! Chciałabym posiadać na własność kawałek Wszechświata i nie myśl proszę, że to marzenie ściętej głowy. W końcu za pośrednictwem pewnych sklepów internetowych można już nabyć akt własności dowolnego obiektu we Wszechświecie leżącego poza układem słonecznym! Taki niebanalny i niepowtarzalny gadżet ucieszyłby mnie najbardziej, ponieważ od kilku lat interesuję się astronomią. Chciałabym zabłysnąć w konstelacji Wielkiej Niedźwiedzicy, ponieważ nazwa ta kojarzy mi się z siłą charakteru. Myśl, że zakupiona gwiazda będzie świecić tylko dla mnie jest piękna… Już wyobrażam sobie te wieczorne niepowtarzalne spacery z głową w gwiazdach. :)  

Zwycięzcom gratuluję i czekam na maile ;)  

wtorek, 9 grudnia 2014

Jedyny w swoim rodzaju




„-Wszyscy jesteśmy czymś więcej niż sumą naszych grzechów”.*

Zdarzają się różne wypadki, śmiertelne, groźne, lekkie. Z niektórych można wyjść bez szwanku, a czasem pozostawiają po sobie trwały ślad. Blizne, wspomnienia, trwałe uszkodzenie ciała bądź psychiki, mogą także wywołać jakieś dziwne umiejętności utrudniające normalne funkcjonowanie. I właśnie ciebie spotkało to ostatnie, a co gorsza, ktoś teraz chce wykorzystać twoje zdolności do własnych celów.

Leila Dalton w dzieciństwie uległa wypadkowi, na skutek którego jej ciało było naładowane elektrycznością (dotyk porażał prądem) i potrafiła nawet poprzez zwykłe muśnięcie prawą dłonią poznać przeszłość i przyszłość danej osoby. Nauczyła się z tym żyć, tak by nikogo nie skrzywdzić, może jej sposób przetrwania nie był idealny, ale sobie radziła. Dni mijały jeden po drugim i w ogóle nie spodziewała się, że w pewnym momencie zostanie porwana przez wampirów i zmuszona, by za pomocą swojego dotyku odnalazła innego. Vladislav Basarab Dracula – Vlad – jest bardzo potężny i niebezpieczny, a ona musi go znaleźć i wydać. Jak potoczą się jej losy?

O wampirach napisano setki, a może i więcej książek. Na początku był na nie szał, któremu i ja uległam,  ale z czasem te krwiożercze istoty się przejadły i przez dłuższy czas od nich stroniłam. Mało który autor jest w stanie mnie zaskoczyć czy chociaż zaciekawić w tym temacie. „Pierwszy dotyk ognia” miał w sobie jednak coś co nie pozwalało mi pozostać obojętną wobec tej powieści. Czy sięgnięcie po nią było dobrym pomysłem?

Jeaniene Frost bez wątpienia potrafi przykuć moją uwagę od niemal samego początku. Akcja zaczyna się już na pierwszych stronach, a dalej jest tylko coraz lepiej. Stopniowo poznawałam losy głównej bohaterki, jej przeszłość i jak ona wpłynęła na życie kobiety. Obserwowałam świat, w którym żyje, to jak funkcjonuje i sobie radzi. Podobało mi się to jak naturalnie zostały połączone światy, ten magiczny i zwykły. Frost idealnie sobie z tym poradziła, wampiry są mroczne, niebezpieczne, piją krew i posiadają… pewne moce. Może nie są całkowicie inne od tych dotąd opisanych, ale mają w sobie coś takiego, co fascynuje. Vlad jest odrobinę inspirowany słynnym Draculą, ale nie jest jego wierną kopią. Powieściopisarka miała świetny pomysł i go doskonale zrealizowała. Fabuła jest dopracowana i przemyślana, cały czas coś się dzieje i nie ma miejsca na nudę – to jest niewątpliwym atutem książki.

Kolejnym jej plusem są bohaterowie. Vlad to postać pełna kontrastów. Z jednej strony nieufny i brutalny, gotowy zabić bez mrugnięcia okiem, a z drugiej posiadający duszę potrafiącą kochać (chociaż jeszcze tego nie wie). W trakcie czytania poznawałam jego przeszłość i powody jego zachowywania się. Są zrozumiałe i do zaakceptowania, ma w sobie coś takiego, że nie sposób go nie polubić. Leila od czasu wypadku zmaga się z jego konsekwencjami oraz podjętymi przez siebie decyzjami. Musi sobie radzić i robi to jak najlepiej potrafi, chociaż nie jest łatwo gdy nie można dotknąć kogokolwiek bez obawy, że się go skrzywdzi i pozna najgorsze sekrety. Frost poświęciła tej dwójce, jak i pozostałym, dużo czasu. Dzięki temu każdy jest inny i wyróżniający się na tle reszty. Podobała mi się relacja między Leilą i Vladem – to przyciąganie, pasja między nimi, jacy dla siebie są. Nigdy nie było wiadomo czym w danej chwili zaskoczą.

Miałam obawy co do tego tytułu, ale bardzo szybko się rozmyły. Historia wciągnęła mnie od pierwszych stron i nawet nie wiem kiedy przeczytałam ostatnie zdanie. Strony przewracały się praktycznie same, a ja chłonęłam zdanie po zdaniu i przeżywałam wszystkie wydarzenia. A było co, bo dzieje się dużo. Porwania, tortury, intrygi, nieoczekiwane zwroty akcji, zemsta i masa przeróżnych emocji. Do tego jeszcze burza uczuć między główną bohaterką, a wampirem, ich słowne utarczki, dogryzanie sobie i godzenie się. „Pierwszy dotyk ognia” pochłonął mnie bez reszty i śmiało mogę powiedzieć, że wręcz go połknęłam. Już dawno żadna powieś o wampirach mnie tak nie zafascynowała. Frost pisze lekko i ciekawie, potrafi stworzyć świat, który nie nuży i nie irytuje. Nie mogę doczekać się już kolejnego tomu – oby został wydany! – a tym czasem już zacieram rączki na myśl o lekturze „W pół drogi do grobu”.

Pierwszy tom „Nocnego Księcia” spodoba się fanom twórczości Jeaniene Frost, wampirów, szybkiej i nieprzewidywalnej akcji, miłośnikom romansów oraz intryg. Autorka stworzyła opowieść od której nie idzie się oderwać i której nie da się nie przeżywać. Pełna napięcia, namiętności i humoru. Polecam serdecznie!

*Jeaniene Frost, „Pierwszy dotyk ognia”, s. 251
Autor: Jeaniene Frost
Tytuł: Pierwszy dotyk ognia
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Rok wydania: 12 maja 2014
Liczba stron: 348

Nocny Książę:
Pierwszy dotyk ognia

Wyzwania: Book lovers

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Coraz bliżej prawdy




„Błędy. Ludzie je popełniają. I zazwyczaj muszą za nie płacić”.* 

Jedni wolą żyć w nieświadomości, drudzy chcą wiedzieć i być gotowi na to, co ich czeka. Ty jesteś osobą z tej drugiej grupy, pragniesz znać prawdę o sobie, dokopać się do przeszłości, poznać losy swojej rodziny i mieć tą przewagę, że  wiesz kim jesteś i czemu tak bardzo ktoś chce mieć cię po swojej stronie.

Kyle Galen nadal nie wie kim albo czym jest. Kiedy wydaje jej się, że w końcu może uzyskać jakieś informacje wszystko idzie nie tak jak powinno. Dzięki przyjaciołom udaje jej się odnaleźć biologicznych rodziców Daniela – swojego ojca – ale rozmowa z nimi nie przebiega tak jak nastolatka mogłaby sobie tego życzyć. Co gorsza, z powodu podniesienia alarmu przez Burnetta, spotkanie zakończyło się bardzo szybko. Po jakimś czasie okazało się, że starsze państwo nie było tym za kogo się podawało i… nagle zniknęli. Kim są i czemu oszukiwali? Jakby Kyle miała mało problemów z rozgryzieniem swojego pochodzenia oraz umiejętnościami rozmowy z duchami, to jeszcze ktoś czyha na jej życie. Nadchodzący czas z pewnością nie będzie należał do tych spokojnych…

To już trzeci tom serii, która na początku może mnie nie zachwyciła, ale zrobiła na tyle dobre wrażenie by dać jej kolejną szansę. C. C. Hunter nie zawiodła i drugi tom był o wiele lepiej dopieszczony i ciekawszy. Czy najnowsza część utrzymała chociaż poziom swojej poprzedniczki?

Z zadowoleniem stwierdzam, że z każdym kolejnym wydaniem nowej powieści warsztat pisarki Hunter ulega polepszeniu. „Zabrana o zmierzchu” to niebywale dobrze skonstruowana fabuła, której nie można nic zarzucić. Dopracowane jest wszystko i do tego dokładnie. Nie brak w serii schematyczności, bo występuje trójkąt miłosny, obóz dla nadnaturalnych i parę innych drobnostek, ale przyznać trzeba autorce, że wykonała kawał dobrej roboty i te małe mankamenty nie są odczuwalne. Umiejętnie połączyła świat ludzi z tym magicznym, gdzie elfy, wampiry lub zmiennokształtni nie są niczym dziwnym. Ten drugi stworzyła tak, że ma on swoje korzenie daleko w przeszłości, a każda nowo zdobyta informacja cieszy i wzbogaca wiedzę. O wielu i istotach można poczytać dużo nowego, za co plus dla autorki, bo się postarała by było coś innego. Jest akcja, jest napięcie, Hunter stopniowo odkrywa karty, kluczy, zmyla, ale wszystko okazuje się spójne oraz logiczne. Widać ogromną poprawę, a co ważniejsze nie spotyka się już w książce nagminnie występujących powtórzeń.

Cieszy mnie też fakt, że mój stosunek do bohaterów nie uległ zmianie. W dalszym ciągu lubię Kyle za to jaka jest wytrwała i stanowcza. Pobyt w Wodospadach Cienia zmienił ją i to bardzo. Chociaż się boi dąży do odkrycia prawdy i nie chowa się przed problemami (no może trochę, ale kto z nas nie miewa gorszych dni?). W poprzedniej opinii o serii napisałam, że dziewczyna jest sympatyczna, temperamentna, uparta, odważna, trochę szalona, zabawna, potrafiąca ironizować. Z wadami i zaletami, popełniająca błędy, przeżywająca rozstanie rodziców i to co odkryła o sobie, ucząca się siebie na nowo. I podtrzymuje to, właśnie to mi się w niej tak podoba, no i fakt, że nie jest idealna. Równie mocno darze sympatią Mirandę, Delle (ich sprzeczki powalają na łopatki), Holiday i Burnetta (którzy również dostarczają niezłej rozrywki). Postacie są dopracowane, realne i istotne dla całości utworu. Autorka każdej poświęciła odpowiednią ilość czasu.

„Zabrana o zmierzchu”, to jak dotąd najlepsza część serii. Zdecydowanie. Strony przewracały się praktycznie same, wzrok błądził szybko po tekście, a ja myślałam „co dalej? Co dalej?”. Śmiałam się, płakałam i martwiłam wtedy gdy robiła to Kyle. Zżyłam się z nią oraz resztą obozowiczów, a sięganie po nowe części to jak powroty do dawno niewidzianych przyjaciół za którymi się tęskniło. Książkę przeczytała w kilka godzin i w tym czasie targały mną przeróżne emocje, ale na końcu znalazłam, to na co tyle czasu czekałam – wiem kim jest główna bohaterka, nie jest to co prawda wyjaśnione, ale coś tam już wiem i liczę, że w „Whispersat Moonrise” Hunter naświetli to dużo bardziej. Tym czasem z czystym sumieniem mogę przyznać, że najnowsza powieść jest bardzo dobra, czyta się szybko i z zaangażowaniem, historia wciąga od pierwszych stron, a perypetie bohaterów sprawiają, że bez problemu mogłam się z nimi zżyć. Liczę, że kolejne będą jeszcze lepsze.

„Wodospady Cienia” są serią, która z tomu na tom się rozkręca i jest coraz ciekawsza, jakby autorka potrzebowała czasu na rozkręcenie swojej wyobraźni. No ale, jakkolwiek by nie było „Zabrana o zmierzchu” wciąga, bawi, wzrusza, czasem denerwuje, ale przede wszystkim sprawia, że nie zauważa się umykającego czasu, a to chyba najlepsza rekomendacja dla tytułu. Fani serii na pewno się nie zawiodą.

„- Jesteś dla mnie najważniejsza, Kylie. Wszystko mnie w tobie fascynuje. To, jak błyszczą ci oczy, gdy się uśmiechasz. Dźwięk twojego śmiechu. (...) Kształt twoich ust. Ich dotyk na moich. (...) Twój nos. To jak zadziera się na końcu. (...) I kocham to, jak kichasz”.**

*C. C. Hunter, „Zabrana o zmierzchu”, s. 314
**Tamże., s. 342
Autor: C. C. Hunter
Tytuł: Zabrana o zmierzchu
Wydawnictwo: Feeria
Rok wydania: 19 listopada 2014
Liczba stron: 400

Wodospady Cienia:
Urodzona o północy | Przebudzona o świcie | Zabrana o zmierzchu | Whispersat Moonrise | Chosen at Nightfall

Wyzwania: Serie na starcie

sobota, 6 grudnia 2014

Uginają się regały #29/2014

Miała być opinia, nawet już zaczęłam opisywać "Nie dajesz mi spać", ale, że moja rodzicielka obchodziła imieniny (od czwartku...), to co chwilę ktoś wpadał, a dziś był prawdziwy najazd gości i nie było kiedy przysiąść i zabrać się porządnie za pisanie. Stąd właśnie ten wpis, który był planowany trochę później, ale wymyślę na ten dzień coś innego. ;) To CHYBA ostatnie książki w tym roku jakie do mnie przyszły. Chociaż po namyśle stwierdzam, że jednak nie ostatnie... ekhem, no nie ważne. ;)

- "Nieproszony gość" Charlotte Link - tyle się naczytałam o tej autorce, że w końcu postanowiłam sięgnąć po coś jej pióra. Padło akurat na ten tytuł i mam nadzieję, że się na nim nie zawiodę.
- "Love, Rosie" Cecelia Ahern - no tego tytułu nie mogło u mnie zabraknąć. Uwielbiam książki tej autorki, no i zamierzam obejrzeć film więc mam w planach jak najszybsze jej przeczytanie. ;)
- "Zbuntowani" C. J. Daugherty -  czwarty tom Akademii Cimmerii, którą bardzo, ale to bardzo lubię. Ciekawe co tym razem wymyśliła autorka. ;)
- "Zabrana o zmierzchu" C. C. Hunter - to z kolei trzeci tom serii Wodospady Cienia. Hunter do tej pory miała tendencję wzrostową, bo pierwszy tom był dobry, ale posiadał liczne niedociągnięcia. Drugi był o wiele lepszy i liczę, że trzeci będzie trzymał chociaż poziom poprzedniego.
- "Splątany warkocz Bereniki" Anna Gruszka - czytam, czytam i końca nie widać. Na szczęście to tylko przez brak czasu,bo zawsze coś, ale wrażenia jak najbardziej pozytywne. Oby było tak do końca. ;)

No i co tu czytać? ;))