sobota, 26 lipca 2014

Kto się czubi ten się lubi




„- Co... się stało?
Och, no wiesz, strzeliłem czystą energią, a ty zwiędłaś jak delikatny kwiat u mych stóp. A potem niosłem cię z powrotem jak prawdziwy dżentelmen i siedziałem tu Bóg wie jak długo i po prostu na ciebie patrzyłem. Taa, mowy nie ma. Odsunąłem rękę.
-Zemdlałaś.”*

Kiedy zapadła decyzja o waszej przeprowadzce na pewno nie podejrzewałaś, że w nowym miejscu poznasz najlepszą przyjaciółkę oraz faceta, którego będziesz nie cierpieć, a zarazem czuć dziwne przyciąganie. O ile to jeszcze jest w gruncie rzeczy normalne, o tyle nigdy nie przewidziałabyś, że nowi sąsiedzi nie są ludźmi, a przebywanie z nimi może być niebezpieczne dla obu stron. Cóż, nikt nie mówił, że życie będzie proste…

Siedemnastoletnia Katy Swartz wraz ze swoją mamą przeprowadziła się właśnie do Zachodniej Wirgini. Dziewczyna ma rozpocząć tu ostatni rok szkoły, a bycie nową na tym etapie nie jest fajne, szczególnie kiedy nikogo się nie zna. Na szczęście ma swoją pasję – czytanie książek oraz prowadzenie bloga o nich. I pewnie ten czas w końcu by jakoś minął, zawarłaby jakieś znajomości i żyła sobie spokojnie gdyby nie sąsiedzi. Dee jest sympatyczna i bardzo łatwo ją polubić, ale już jej brat bliźniak – Daemon – okazuje się być w większości czasu zwykłym dupkiem. Zazwyczaj, ale nie zawsze, co jest trudne do zrozumienia, tak samo jak niechęć do Katy…

Były wampiry, wilki, elfy, wróżki, zmiennokształtni, ale o kosmitach do tej pory chyba jeszcze nie było, przynajmniej nie w taki wydaniu. Jennifer L. Armentrout postanowiła z tego skorzystać i tak powstała seria Lux. Początkowo do „Obsydiana” podchodziłam bardzo nieufnie, ale w momencie przeczytania fragmentu coś się zmieniło, stwierdziłam, że warto jednak dać autorce szansę. I jak się okazało to był jeden z lepszych czytelniczych wyborów tego roku.

Jennifer L. Armentrout co prawda nie odchodzi od schematów, a jej powieść rzeczywiście trąci trochę „Zmierzchem”, ale nie zmienia to faktu, że bardzo dawno nie czytałam tak dobrego paranormal romance. Naprawdę! Nie ma tu motywu miłości aż po grób po zaledwie paru spotkaniach, owszem jest napięcie między bohaterami, ale oprócz miłosnego przeważa to z brakiem sympatii ponieważ cały czas sobie docinają, wyzywają się, wzajemnie denerwują, nie potrafią przebywać obok siebie przez pięć minut i nie doprowadzić do szewskiej pasji. Co za emocje! Dzieje się dużo, szybko i czasami zaskakująco, bo nigdy nie wiadomo, w którym momencie postacie zaczną się denerwować, a kiedy będzie trwał między nimi rozejm.

Autorka miała świetny pomysł na fabułę i go wykorzystała, stworzyła wątek miłosny, który nie nuży i nie irytuje swoją beznadziejnością, a do tego wykazała się też pomysłowością z tematem paranormalnym. Stworzona przez nią rasa jest bardzo dobrze wykreowana, a co najważniejsze Armentrout pozwala ją poznać praktycznie w całości, dzięki czemu mogłam zaspokoić swoją ciekawość. Ponadto posługuje się typowo młodzieżowym językiem i nie boi się używać przezwisk, co w brew pozorom, szalenie mnie bawiło. Ogólnie w całości utworu nie brakuje scen napisanych z humorem oraz ironią, ale taką rozbrajającą.

Bohaterowie. O nich mogłabym pisać i pisać ponieważ zarówno Katy, jak i Daemon zdobyli moje serce szturmem i zajęli w nim już swój kącik. Nie można ich nie pokochać, są po prostu wspaniali. Katy to dziewczyna zarazem silna, ale i podatna na zranienia, skromna wygadana, odważna, ale również zagubiona. Podoba mi się w niej miłość do książek oraz to, że ma poukładane w głowie. Zaimponowała mi swoją nie idealnością, podejściem do życia, ciętym językiem oraz tym, że nie waha się działać by ratować przyjaciółkę. No i Daemon – pomimo swojej złośliwości, arogancji, wredności oraz chamskości nie sposób go nie polubić i wyczuć w nim tego czegoś, co sprawia, że jednak jest kochany. Ta dwójka to ogień i woda, a sceny z nimi są niesamowite.

Czytałam o tej publikacji dużo pozytywnych opinii, ale nie sądziłam, że aż tak mną zawładnie. Wystarczył mi zaledwie jeden dzień na to, by pochłonąć te około czterysta pięćdziesiąt stron i muszę przyznać, że był to czas pełen wrażeń. Armentrout stworzyła historię od której nie idzie się oderwać, bo pomimo małych mankamentów – absolutnie nie odbierających przyjemności z czytania - całość jest dopracowana i przemyślana. Od samego początku wczułam się w fabułę i wraz z bohaterami przeżywałam wszystko co się działo, a trochę tego było. Fakt, nie jest to nic ambitnego, ale w swoim gatunku to coś bardzo, bardzo dobrego – właśnie takie, moim zdaniem, powinny być romanse paranormalne. Jestem absolutnie zachwycona tą publikacją i już tupie niecierpliwie na myśl o kontynuacji.

„Obsydian” jest początkiem dobrze zapowiadającej się serii i jeśli Jennifer L. Armentrout w pozostałych tomach utrzyma poziom pierwszego, to z czystym sumieniem uznam ją za jedną z lepszych młodzieżówek po które naprawdę warto sięgnąć. Ten tytuł szczerze polecam miłośnikom paranormal romance - wartka akcja, wyraziści bohaterowie, ciekawa fabuła, mnóstwo emocji, no i, co jest bardzo ważne, brak w niej sztuczności.

„Zawsze uważałem, że najpiękniejsi ludzie, naprawdę piękni w środku i na zewnątrz, to tacy, którzy nie są świadomi swojego wpływu.[..] Ci, którzy rozprzestrzeniają swoje piękno, chwalą się, marnują to, co mają. Ich piękno jest ulotne. to tylko skorupa, ukrywająca ciemność i pustkę."*

*cytaty pochodzą z książki
Autor: Jennifer L. Armentrout
Tytuł: Obsydian
Wydawnictwo: Filia
Rok wydania: 21 maja 2014
Liczba stron: 442

Lux:
Obsydian | Onyx | Opal | Origin | Apposition

Książka przeczytana w ramach wyzwań czytelniczych: Book lovers

piątek, 25 lipca 2014

Uginają się regały #21/2014

Ok, ostatnio nie jestem zbyt aktywna w tym miejscu, ale ostatni miesiąc strasznie mnie rozleniwił, STRASZNIE! Najpierw goście i upał, później sam upał, a jeszcze później choroba (tak, chyba tylko ja potrafię przeziębić się w lato ;() plus upał. Teraz z kolei przyczepiła się chandra (a kysz nie dobra!) i nie chce odejść... Ale czytam! I trafiam na same ciekawe tytuły więc istnieje mała, maciupeńka szansa, że wyrwę się z tego.. tego... czegoś!

Pomarudziłam sobie, to teraz przejdę do tematu głównego. Na zapytanie na FB, co chcecie: stosik czy recenzję moja siostra z wyboru skomentowała jako pierwsza i wybrała opcję pierwszą dlatego też zapraszam do podziwiania tego co przyszło do mnie w ciągu dwóch tygodni. Moja rodzicielka stwierdziła, że coś słabo jak na tyle czasu. Zupełnie nie wiem skąd u niej takie poczucie humoru. :D


Tradycyjnie od góry zaczynając. "Nie lubię kotów" Katarzyny Zyskowskiej - Ignaciak, to tytuł, którego nie mogło u mnie zabraknąć- lubię styl pisania autorki i w sumie zastanawiam się czy jeszcze dziś za nią nie chwycę. Nie mogłam też odpuścić sobie najnowszego tomu Kronik krwi Richelle Mead - "Serce w płomieniach". Ostatnimi mam ochotę na poczytanie o wampirach i zastanawiam się nad ponownym rozpoczęciem AW i tym razem skończeniem, by móc zacząć ten cykl. :D "Demonolog" Andrew Pypera, to horror (podobno) i chociaż zarzekałam się, że nigdy więcej, ale blurb mnie bardzo zaciekawił i oto jest! Kolejna pozycja, "Nie traćmy ani chwili" Jill Marsell, jest dla mami, bo poprzednia książka autorki bardzo się jej spodobała. "Wierna" Veronicy Roth jest wieńczącym tomem trylogię Niezgodna - pierwsze dwie części przypadły mi do gustu dlatego też chcę poznać zakończenie. O tej książce już tyle razy wspominałam, że pewnie macie już dość, ale muszę ten jeszcze jeden raz, bo w końcu mam egzemplarz ostateczny i mogę go macać, wąchać, przytulać... ekchem... Mowa oczywiście o "Hopeless" Colleen Hoover. No i ostatnia, aczkolwiek nie najgorsza - "Galop'44" Moniki Kowaleczko-Szumowskiej - mam ją dzięki mojemu kochanemu portalowi Secretum. Za nią zabieram się już na początku tygodnia!

Pochwaliłam się to mogę oddalić się w celu przeczytania czegoś albo położenia się spać :D 

czwartek, 24 lipca 2014

Ty jesteś moje imię




„To takie dziwne wiedzieć od razu, że nie uda się uciec przed nieuchronnością zdarzeń, przed konsekwencjami jednego spotkania”*

W czasach niepewności jutra, tego czy się przeżyje, zobaczy swoich bliskich, czy Polska przetrwa, narodziła się nagła, ale ogromna i niezniszczalna miłość. Krzysztof Kamil Baczyński, poeta, którego wiersze były i są znane po dziś dzień spotkał na swojej drodze kobietę idealną, pasującą do niego jak nikt inny na świecie, będącą dla niego przystanią, muzą, towarzyszką życia, miłością od pierwszego wejrzenia…

Krzysztof poznał Basię przez ich wspólnego znajomego, który prędzej dał dziewczynie do poczytania wiersze poety. Spotkali się pierwszy raz na komplecie z logiki i już wtedy wiedzieli, chociaż żadne z nich nie chciało początkowo tego przyznać, że połączyło ich coś wielkiego i wspaniałego. Dlatego też po jakimś czasie w brew wojennej niepewności, wszelkiej logice, sprzeciwowi rodziców postawili na swoim i się pobrali. Swoją miłością i wzajemnym zgraniem starali odciąć się od zbliżającego się powstania oraz niechęci starszej pani Baczyńskiej wobec Barbary. Obdarzali się czułością spotykali ze znajomymi, Krzyś tworzył, oboje starają się nie poddać okupantom. Niestety realia czasów na to nie pozwalały…

„Nie mogę trwać dłużej w zawieszeniu. Można być poetą i żołnierzem zarazem. Muszę walczyć, Basiu. Muszę to zrobić bez względu na konsekwencje. Chcę być wolny!”**

O historii Krzysztofa Kamila Baczyńskiego przeczytałam pierwszy raz w czasach licealnych, kiedy to w moje ręce wpadł jeden z tomików jego wierszy. Cenie sobie jego twórczość, jest jednym z niewielu poetów, którego czytuję i w większym lub mniejszym stopniu potrafię zrozumieć. Kiedy zobaczyłam, że ma zostać wydana zbeletryzowana powieść o nim wiedziałam, że muszę się z nią zapoznać.

Chciałabym móc napisać tylko, że musicie przeczytać „Ty jesteś moje imię”, pragnę też uporządkować ten bałagan myśli i emocji pozostałych we mnie po przeczytaniu tejże książki, ale nie mogę, nie potrafię. Dlatego wybaczcie mi, że będzie trochę chaotycznie i bardzo emocjonująco, ale nie sądzę bym przez bardzo długi czas doszła ze sobą do ładu. Brak mi słów by opisać, to co się dzieje wewnątrz mnie. Katarzyna Zyskowska-Ignaciak idealnie opisała historię miłosną Basi i Krzysia, nadała suchym faktom literackiej formy, a do tego rzetelnie odwzorowała czasy, w którym przyszło im żyć. Opis zniszczonej Warszawy, łapanki, strach, niepewność i wszystko co wiązało się z tym okresem. Obrazowała całość w taki sposób, że obrazy stają przed oczami, emocje bohaterów czuje się jak swoje. Wszystko jest dopracowane, logiczne i naturalne – widać, że autorka przygotowała się do napisania tej książki i włożyła w nią mnóstwo serca. Każde zdanie coś znaczy, jest naładowane emocjami, a przy tym nie ma tu przekoloryzowania, nie znalazłam sztuczności. Nie wyłapałam żadnego, nawet najmniejszego mankamentu.

Jestem pełna podziwy dla Zyskowskiej-Ignaciak, bo  pomimo tego, że zakończenie jest znane opisała losy Krzysia i Baś, tak że nie idzie się od nich oderwać, które przeżywa się słowo po słowie, zdanie po zdaniu… „Ty jesteś moje imię” to najbardziej magiczna historia o miłości w czasach okupacji jaką było dane mi poznać. Poruszyła najgłębsze zakamarki mojej duszy i zapadła w pamięci. Książka wciągnęła mnie od samego początku, strony czytały się praktycznie same, nie zauważałam upływającego czasu, zapomniałam o tym, że wiem co czeka na końcu i liczyłam, że jakimś cudem się zmieni, że jednak ta dwójka dostanie szansę na spełnienie swoich marzeń. Podobało mi się w tej publikacji wszystko: to, że tak pięknie zostały opisane losy bohaterów, że wiernie odwzorowano wydarzenia, że postacie są realni, z krwi i kości, że bez problemu mogłam się z nimi zżyć i przeżywać każdy jeden moment.

Tę przepiękną książkę trzeba po prostu poznać, tylko wtedy będzie można zrozumieć czemu tak trudno jest ubrać w słowa to co się czuje po jej zakończeniu. Nie wiem co bym nie napisała i tak gdzieś w środku będę miała wrażenie, że to za mało, tego się nie da opisać – to trzeba przeczytać. „Ty jesteś moje imię” – to tytuł obok, którego nie da przejść się obojętnie, który stanie się jednym z najlepszych tego roku.

Ty jesteś moje imię i w kształcie, i w przyczynie,

i moje dłuto lotne.

Ja jestem, zanim minie wiek na koniu-bezczynie,

ptaków i chmur zielonych złotnik.

Ty jesteś we mnie jaskier w chmurze rzeźbiony blaskiem

nad czyn samotny.

Ja z ciebie ulew piaskiem runo burz, co nie gaśnie,  

każdym życiem i śmiercią stokrotny.

Ty jesteś marmur żywy, przez który kształt mi przybył,

kształt w wichurze o świcie widziany,

który o mleczne szyby buchnął płomieniem grzywy

i zastygł w dłoni jak z gwiazdy odlany.

I jesteś mi imię ruchów i poczynaniem słuchu,

który pojmie muzykę i sposób,

który z lądu posuchy wzejdzie żywicą-duchem

w łodygę głosu.***

*str. 72
**str.250
*** Ty jesteś moje imię..., tomik wierszy To jestem cały ja, Agencja Wydawnicza „AD OCULOS”, Warszawa–Rzeszów 2007
*zdjęcie: Internet
Autor: Katarzyna Zyskowska-Ignaciak
Tytuł: Ty jesteś moje imię
Wydawnictwo: Filia
Rok wydania: 23 lipca 2014
Liczba stron: 424

Książka przeczytana w Ramach wyzwań czytelniczych: Book lovers


wtorek, 22 lipca 2014

Napisane słońcem


„Miewam czasem takie momenty w życiu, kiedy czuję się tak nieważnym i nieznaczącym istnieniem, że świat wokół pochłania mnie bez reszty. Zatracam siebie w tym, co jest, w tym, co mnie otacza".

Zasiądź wygodnie w fotelu, na trawie, plaży lub gdziekolwiek indziej chcesz. Weź książkę do ręki i pozwól chociaż za pomocom słów oraz zdjęć zabrać się w podróż po Azji. Wyprawa, co prawda, stanowi namiastkę tego co mogłoby się poczuć udając się na nią osobiście, ale od czego ma się wyobraźnię oraz umiejętność wyczytywania tego co zawarte na stronach?

Maciej Roszkowski jest podróżnikiem, który przez dwa lata podróżował po Azji, poznawał ją, chłonął, a przy tym zaglądał w głąb siebie. „Pisane słońcem” jest zapiskiem tej dwuletniej wędrówki, w czasie, której odwiedził takie kraje jak: Kurdystan, Iran, Indie, Tajlandia, Malezja, Laos, Chiny, Tajwan, Korea, Japonia, Kirgistan i Kazachstan. Publikacja składa się z dziewiętnastu rozdziałów mówiących nie tylko o tym co widział autor, ale i co czuł i jak zmieniało się jego spojrzenie na wiele spraw. Dodatkiem jest duża ilość fotografii przyciągających oko oraz mini poradnik dotyczący podróżowania.
Lubię literaturę podróżniczą, daje mi możliwość zajrzenia tam gdzie raczej na pewno nie dotrę, poznania innych kultur, stylu życia, obyczajów. Chociaż tak pozwala mi zajrzeć w różne zakątki świata. O „Pisane słońcem” do niedawna nie słyszałam w ogóle, a szkoda by było gdym na nią nie trafiła, bo Maciej Roszkowski do swojej publikacji potrafi przykuć moją uwagę niemalże tak samo jak Tomek Michniewicz, a jego książki bardzo sobie cenię.

Pierwsze wrażenia po wzięciu książki do ręki są jak najbardziej pozytywne. Usztywniana okładka przykuwa od razu uwagę, gruby papier o kremowym kolorze i bardzo, bardzo dużo zdjęć. Szczerze? Już zacierałam rączki na myśl o tym, co mnie czeka, gdy zabiorę się za czytanie. W publikacjach tego typu musi być dużo fotografii, bo przeczytać, to jedno, a zobaczyć – drugie. Są one dopełnieniem treści i Roszkowski jest tego świadomy. Mam jednak małe zastrzeżenie, zabrakło mi podpisów pod nimi, myślę, że na przyszłość warto o tym pamiętać, bo liczę, że będę miała możliwość przeczytania jeszcze coś tego podróżnika. Oprócz tego jednego, malutkiego mankamentu nie mam nic do zarzucenia, praktycznie na każdej stronie jest coś do obejrzenia, a widoki nie raz i nie dwa zachwycają.

Podoba mi się w „Pisane słońcem”, że nie jest to tylko typowa literatura podróżnicza, ale zawiera również przemyślenia autora, dodać tutaj muszę iż są one bardzo trafne i nie sposób się z nimi nie zgodzić. W trakcie czytania od razu rzuciło mi się w oczy iż Roszkowski, tak jak Michniewicz, nie ocenia, nie krytykuje, a próbuje zrozumieć i poczuć to co czują inni. I to jest naprawdę fajne, bo ilu z nas gdzieś jedzie, neguje i kręci nosem z niezadowoleniem, bo nie jest po naszemu, a przecież dla tych, którzy przyjeżdżają do Polski też wiele rzeczy jest nie zrozumiałych. To, że coś jest inne, nie znaczy, że złe. Treść miejscami jest chaotyczna, ale to naprawdę nie stanowi problemu, podróżnik przeskakuje z tematu na temat, ale robi to tak umiejętnie, że nie ma mowy o pogubieniu się w tym co się czyta.

Roszkowski dużo miejsca poświęca na ludzi, których spotyka, to co mu pokazują i opis tego jacy są. Pokazuje, że czasem warto przełamać stereotypy, by zobaczyć, jak bardzo można się zdziwić tym, co się odkryje. Przykładowo, ja pierwszy raz w życiu dowiedziałam się o rozrywkowych chińskich parkach lub największej stołówce świata w Indiach. Nie skupia się na jednej kulturze, a obrazuje ich kilka przez co „Pisane słońcem” jest różnorodne i tak absorbujące. Każdy rozdział mówi o innym kraju, dzięki temu można czytać je w dowolnej kolejności, w zależności od tego czym w danej chwili jest się zainteresowanym.

Reasumując, debiutancka książka Macieja Roszkowskiego jest kawałkiem dobrej literatury podróżniczej i nie tylko, która z całą pewnością zaciekawi nie jednego sympatyka tego gatunku. Jest przemyślana, dopracowana, realna – bez ubarwień czy ukrywania jakiś niemiłych spraw, podróżnik szczerze opisuje to co widzi i słyszy. Czasami zachwyca, ale są i momenty wzbudzające oburzenie. Pozwala spojrzeć inaczej na pewne rzeczy, a do tego skłania do przemyśleń. Polecam!

*cytat pochodzi z książki
Autor: Maciej Roszkowski
Tytuł: Pisane słońcem
Wydawnictwo: Axis Mundi
Rok wydania: 16 kwietnia 2014
Liczba stron: 192 

Za możliwość przeczytania książki dziękuje p. Maćkowi Roszkowskiemu

niedziela, 20 lipca 2014

Wyniki: Opisz swoją najbardziej zabawną pechową sytuację

Obiecałam, że w przeciągu trzech dni ogłoszę wyniki konkursu, w którym do wygrania było AŻ 5 egzemplarzy "Fartowny pech" Olgi Rudnickiej, zasiadłam więc dziś do czytania waszych wypowiedzi i najpierw uśmiałam się do łez, a potem załamałam, no bo jak wybrać tylko 5? Jednak po długim namyśle, wszystkich za i przeciw decyzja zapadła.

Zanim zostaną ogłoszone wynik przypominam dwa bardzo ważne punkty regulaminu.

  1. Zwycięzca jest zobowiązany wysłać maila z danymi adresowymi na adres konkursyb@o2.pl w ciągu trzech dni od momentu ogłoszenia wyników. Po tym terminie nastąpi wybór nowego zwycięzcy.
  2. Prawo do składania reklamacji w zakresie niezgodności przeprowadzenia konkursu z Regulaminem, służy każdemu uczestnikowi w ciągu trzech dni od daty wyłonienia jego laureatów. Należy je zgłaszać w formie e-maila na adres: konkursyb@o2.pl.

Wypowiedzi przeze mnie wybrane rozbawiły mnie najbardziej, chociaż uważam, że wszystkie były śmieszne i jak bym mogła to każda była y nagrodzona. Nie przedłużając, ogłaszam iż najnowszą książkę Olgi Rudnickiej wygrywają...
Le Sherry
Sherry musiała zrobić wielkie wejście, dlatego czekała na ostatni dzień konkursu, żeby zgłosić swoją pracę. :D (A tak szczerze: Sherry zastanawiała się co by tu napisać i zeszło jej tak do 16-tego :)). No, ale. Już jestem i piszę. :)

Dawno, dawno temu, kiedy Sherry była jeszcze małą Sherry... No dobra, nie małą, ale mniejszą Sherry, chodziła do podstawówki i właśnie czekała na wakacje. Oczywiście lato zapowiadało się absolutnie CU-DO-WNIE, jak każda większa przerwa od szkoły, w tamtych czasach. Sherry wraz ze starszym bratem i kuzynem wierzyła, że wakacje będą naprawdę świetne, zwłaszcza że całą trójcą tworzyli niemalże dziecięcy, nierozłączny, wierny sobie gang. Zawsze coś się znalazło do roboty i zabawy. Mniejsza Sherry nie mogła się doczekać grania w piłkę nożną z dzieciakami z sąsiedztwa na polu sąsiada, ucieczek przed wspomnianym sąsiadem, który nie znosił, gdy dzieci urządzały sobie na jego polu psuedo wyimaginowany stadion, wycieczek nad oddalony o kilometr od domu wodospad w lesie, nieudolnego pływania w wodzie, improwizowanych zabaw, skakania po drzewach (właśnie tatuś i wujek wybudowali, wspomnianej wcześniej trójcy, domek na drzewie). Czyż nie zapowiadało się piękne lato?
Odpowiem - tak, zapowiadało się piękne lato.
Niestety los bywa okrutny, a pech tym bardziej. Sherry zawsze wyobrażała sobie Pecha i Szczęście jako takie dwie osóbki, które na przemian podają sobie piłkę. I tu należy zauważyć, że piłką było życie danej osoby.
Wtedy, to Pech wyciągnął rękę po kulkę, złapał ją, potrząsnął i krzyknął: "KONIEC TEGO DOBREGO". A, że miał naprawdę dobry humor, objawił swoją wredotę niszcząc wszelkie marzenia, plany i pragnienia wakacyjne Sherry. Jak tego dokonał? Bardzo prosto. Posłużył się ku temu, swoim dobrym przyjacielem - Wypadkiem.

Tamtego słonecznego dnia, dokładnie PIERWSZEGO DNIA WAKACJI (był naprawdę słoneczny i śliczny), mniejsza Sherry wraz z kuzynem (jak tak teraz myślę, nie mam pojęcia gdzie był wtedy trzeci członek gangu - mój brat) bawili się nad rzeczką, tuż obok domu. Zamiast piaszczystej plaży, mieli brzeg wody z kamyków, ale nie przeszkadzało im to, zwłaszcza, że bawili się troszkę dalej, na ziemi, pod domkiem na drzewie, budując miasteczko z większych i mniejszych kamieni. Ciekawostką może być to, że domki i w ogóle budynki budowane przez mniejszą Sherry, zawsze były uznawane za najładniejsze. :) Ale wtedy mniejsza Sherry wierzyła, że będzie dekoratorką wnętrz, więc... Dobra, odeszłam od tematu. W każdym razie, wróćmy do Pecha, bo o tym miała być ta historia.
Więc Pech postanowił improwizować (a może wszystko zaplanował? Kto wie?). Kuzyn Sherry właśnie skrobał w ziemi drogi do miasteczka, kiedy mniejsza Sherry postanowiła wybrać się po mniejsze kamienie, by zbudować ogrodzenie wokół swoich domków. W tym celu wybrała się ku wspomnianemu wcześniej brzegowi obok rzeki. Sherry niestety nigdy nie udało się ukończyć ogrodzenia. Bowiem kiedy wstała i podążała do brzegu, nie zauważyła konaru drzewa, na którym był domek właśnie wybudowany (feralne drzewo. Niech go szlag). Mniejsza, rozpędzona Sherry runęła na twarz. W ostatnim momencie mózg postanowił interweniować, każąc rączkom Sherry wyciągnąć się i zamortyzować upadek. Rozległ się dziwny dźwięk (a może wcale go nie było, tylko mi się zdawało?) i Sherry już wiedziała, że coś jest nie w porządku. Prawa ręka (a tu nalezy zauważyć, że Sherry jest i zawsze była praworęczna, więc była ona o wiele ważniejsza od lewej) bolała jak diabli. Oczywiście nie obyło się od płaczu, wrzasków, przerażenia. Kuzyn Sherry od razu pobiegł po swojego tatę, a ten nakazał małej Sherry sprawdzić czy może zginać nadgarstek. Sherry niestety nie mogła, bo jak już wspomniałam - bolało jak diabli. Wujek jednak zbył jej zrozpaczone słowa machnięciem ręki mówiąc, że to NA PEWNO tylko niegroźne obicie. No cóż. Nie miał racji. Tata Sherry zabrał ją do szpitala gdzie okazało się, że nadgarstek jest złamany. A ile miała trwać kuracja i noszenie gipsu? No, kto zgadnie? Dwa miesiące. DWA MIESIĄCE.

A jeśli ktoś zapomniał - ów wypadek zdarzył się PIERWSZEGO DNIA WAKACJI. Koniec końców gips został zdjęty (jeśli ktoś ma wątpliwości - nie kłamię. Naprawdę. To autentyczna historia) OSTATNIEGO DNIA WAKACJI. Czyli - jak ktoś już zdążył wysnuć - całe dwa miesiące mniejsza Sherry nosiła gips na rączce. I szlag trafił wszystkie plany. Szlag trafił granie w piłkę (inni grali, Sherry była sędzią), szlag trafił skakanie po drzewach (z oczywistych względów). Mała Sherry, kiedy już przeszła jej rozpacz, była po prostu wściekła. Wszyscy traktowali ją jak jajko, nikt na nic f a j n e g o jej nie pozwalał (żeby ręka mogła się zagoić).

A co Pech na to? Pech na to tylko zatarł ręce z radości (nie wypuszczając z nich piłki. Utalentowany co?).

Oczywiście z perspektywy czasu to wydaje się przezabawne. No bo kto by pomyślał, że można tak zepsuć komuś wakacje? Pierwszego dnia wakacji, wakacji - które zapowiadały się wspaniale, wszystko runęło jak domek z kart. I jak na ironię, gips KONIECZNIE MUSIAŁ być noszony przez cholerne DWA MIESIĄCE. Plusem z tamtego okresu jest fakt, że później miesiąc mniejsza Sherry nie musiała ćwiczyć na wuefie (już wtedy bestyjka wiedziała, że go nie znosi ^^), dostała odszkodowanie i... materiał do wspominania. :) Inna sprawa, że tamto złamanie, powtórzyło się ponownie. Również w podstawówce. Dwa lata później. Ale to już jest opowieść na inną okazję. :)
 
 


Zjadam Skarpety
Sytuacja świeża, sprzed kilku dni, właściwie to powinnam palić się ze wstydu za coś takiego, bo nie świadczyło to dobrze o mnie, ale jednak wywołuje to u mnie jedynie rozbawienie.
Właśnie kilka dni temu zdarzyło mi się pojechać z koleżankami w góry, w celu odpoczęcia od codziennych zajęć i rozluźnienia się - taki miły wstęp przed wakacyjnym lenistwem. Nie mogłyśmy nie zawitać do stolicy polskich gór i ich wizytówki - Zakopanego. Oczywiście w ruch poszły aparaty, fotografowałyśmy wszystko - podchodziłyśmy nawet do zwykłych ludzi, by zrobić sobie z nimi zdjęcia na pamiątkę. Z chęcią pozowali do zdjęć także górale i ich koniki, dlatego tylko nas to rozochociło. Spacerując po Krupówkach dostrzegłyśmy jednak takiego wielkiego pluszaka - no wiecie, takiego za którego przebierają się ludzie, a inni mogą się z nimi sfotografować. Ja osobiście obawiałam się mieć z nim zdjęcia, dlatego tylko stałam z boku, nawet nie bawiłam się w fotografa, jednak moje koleżanki korzystały z okazji i zrobiły ich mnóstwo. Jednak poczciwy misio, kiedy już odchodziłyśmy, poszedł za nami i powiedział, że pieniądze się należą... No a my zamiast się zrzucić i zapłacić, w końcu to nie był majątek, no to wzięłyśmy nogi za pas i zaczęłyśmy od niego uciekać - przez całe Krupówki. Boże, ludzie patrzyli na nas jak na idiotki - wyobraźcie sobie, 4 dziewczyny uciekające przed goniącym je pluszakiem! W końcu jednak skręciłyśmy w boczną uliczkę, ale nie wszystkie - jedna koleżanka poleciała prosto, dlatego nas zgubiła. My zwiałyśmy do jakiegoś sklepu, a ona zaczeła do nas dzwonić, by nas znaleźć - no i przywlokła za sobą tego miśka, który zaczął na nas czekać pod sklepem. W końcu, po jakichś 10 minutach zapłaciłyśmy mu, paląc się ze wstydu. Teraz jednak chyba nie jestem zawstydzona, ponieważ mam co wspominać - ubaw był nieziemski, choć jednak pechowy dla nas. :) 

JaneS
Pech? W moim słowniczku to słowo zamieniło się z literką A miejscami- występuje jako pierwsze.
Ileż razy zdarzyły mi się momenty, gdy musiałam się tłumaczyć? Oj, dużo.
Ile to razy spaliłam buraka przy innych? Nie zliczę.
Ile razy się wtedy śmiałam? Muszę przyznać, że praktycznie ani razu…
Cóż, nie były to chwile do śmiechu. Tak myślałam wtedy, ale z perspektywy czasu wiem, że wyglądało to niebywale zabawnie z miejsca widzów :)

Zdarzyło się to dosyć niedawno w poniedziałek. Byłam wtedy w szkole (ehh, jak ja nie lubię poniedziałków :)) Tego dnia miałam akurat dwa języki ukraińskie. Pierwszy poszedł jak z płatka. Ciekawy temat, ciekawe zadania. Gdy zadzwonił dzwonek na dziesięciominutową przerwę, wszyscy wybiegli z klasy, Pani poszła do pokoju nauczycielskiego. Zostali tylko nieliczni, w tym ja. Rozmawiałam z koleżanką, gdy nagle za mną usłyszałam jakąś kłótnie. Moi dwaj nierozłączni koledzy… A dalej poszło z górki. Mój kolega Jarek stojący koło parapetu wziął doniczkę do ręki i rzucił ją do drugiego kolegi- Mikołaja. Nie muszę chyba pisać, że ten drugi był cały w ziemi… Jarek zaczął uciekać przed krwiożerczym spojrzeniem swojego przyjaciela, a Mikołaj jak się wkurzył, to odrzucił mu narzędzie zbrodni. Bogu ducha winna roślinka drasnęła ramię Jarka i wpadła do zmywaka. Dwaj byli całkowicie ubrudzeni ziemią. Jak dwie małe świnki :) Oglądałam tą komiczna sytuację z boku i gdy zamieszanie ustało zaczęłam się śmiać na cały głos. Wprost zaczęłam się tarzać ze śmiechu. Wszyscy patrzyli na mnie jak na wariatkę.
Jarek: No i z czego się śmiejesz?
Ja: Ahaha…
Jak mój kolega stracił do mnie cierpliwość, podszedł do mnie i rzucił prosto na mnie ziemię, która jeszcze przed chwilą była w jego włosach. Koniec końców skończyłam jak oni. Jak trzej muszkieterowie…

Teraz jak sobie o tym pomyślę, to banan sam pcha mi się na buzię. I jeszcze mina mojej Pani, gdy wróciła do klasy po dzwonku. Bezcenne :D 
 

Niekończące się Marzenia
Dawno, dawno, dawno temu.. no dobra nie aż TAK dawno, ale ładnych parę lat temu przytrafiła się dla mnie młodej, pięknej zbuntowanej kompromitująca sytuacja...
Będąc uczennicą liceum przemierzałam trasę do szkoły, niemałą bo w jedną stronę 36km, z jedną przesiadką. Pewnego razu musiałam kontynuować podróż ponieważ miałam umówioną wizytę u lekarza, jako,że bilet miesięczny był wykupiony do miejscowości w której się przesiadałam musiałam dokupić normalny bilecik, aby z czystym sumieniem legalnie podróżować dalej. Jak to w instytucji PKS-em zwanych bywa ceny potrafią ulec zmianie praktycznie z dnia na dzień. Traf a raczej mój pech chciał,że tego feralnego dnia podrożały o całe 20 groszy. niby nic a jednak coś bo akurat wtedy kochana mamusia mając dziwną manię (doprawdy nie wiem skąd jej się to wzięło bo nie jest skąpa) wyliczyła co do grosika pieniążki. I w tym momencie poczułam grozę sytuacji. Jechać bez biletu groziło mandatem, strach. Przeszukałam wszystkie kieszenie, zakamarki torby, nic. I doszło do mnie,że oto stoję przed strasznym zadaniem, musiałam iść ŻEBRAĆ , tak dokładnie tak, wiadomo nie znałam współpasażerów, więc o pożyczce nie było mowy... rozejrzałam się po autobusie, namierzyłam starszego pana (stwierdziłam,że miły wiekowy pan zrozumie biedną uczennicę i nie odmówi) podeszłam z cegłą na facjacie i niemalże szeptem zapytałam czy może mi dołożyć 20 gr do biletu, bo no, zabrakło jakimś cudem... nie było sensu tłumaczyć,że mamusia lubi wyliczać. Pan oczywiście z wyrozumiałym uśmiechem na twarzy podarował biednemu dziewczęciu, czyli mnie, te nieszczęsne 20 GROSZY (!!) szybko zakupiłam bilet, zbunkrowałam między siedzeniami i przyrzekłam sobie,że nigdy ale to nigdy więcej nie dopuszczę do takiej upokarzającej sytuacji.
Tego dnia poczułam co znaczy być żebrakiem, straszne doświadczenie, mamusia się ubawiła, naprawdę nie wiem z czego, mnie nie było do śmiechu. Zwłaszcza kiedy się ma te 17 lat i wiadomo na wszytko jest się jakoś dziwnie wyczulonym.  

Adriana B
Moja pechowa sytuacja, odnosi się do obrony pracy licencjackiej. Lecz nie do samej obrony wracam, lecz ok. miesiąc wcześniej. Gdy praca została napisana i całkowicie przeze mnie, i panią promotor sprawdzona, zaczęłam szukać, gdzie najtaniej ją wydrukować. Oczywiście wiadomo, że musi być w kilku egzemplarzach, więc budżet biednego studenta nieźle zostaje nadszarpnięty. Jest znalazłam, w Katowicach!(Nie wspominam, iż jest to ponad 30 km. od mojego miasta), lecz przy okazji załatwienia jakiejś sprawy, postanowiłam wydrukować i oprawić pracę. Szczęśliwa wróciłam do domu, z egzemplarzem pod pachą. Pełna w skowronkach dałam pracę mojej mamie, po kilku chwilach słyszę: "Ada, ale na stronie tytułowej masz błąd". Oblał mnie zimny pot. Zerkam i faktycznie, błąd nie wynikał z pisowni, lecz poznikały niektóre spacje, i to nie tylko na stronie tytułowej. Zrozpaczona uznałam, że nie mogę tak tego zostawić. Więc zerknęłam na swój plik: Wszystko w porządku, u mnie spacji nie brakuje - pomyślałam. I szybko zaczęłam pisać e-mail do punktu ksero, iż popsuli moją pracę. Oczywiście nie omieszkałam napisać, że przyjechałam z daleka i na pewno nie dojadę, by sprawę załatwić. Po wielu mejlach, uzyskałam odpowiedź, że jeszcze raz ją wydrukują i wyślą mi ją, a ja przy okazji mam kiedyś odnieść "zniszczony egzemplarz". Jak zostało powiedziane, tak się stało. Przy okazji obrony, poszłam do punktu ksero, odnieść wadliwy egzemplarz, na co Pani informuje mnie, że taka sytuacja nie miała u nich miejsca i nic o tym nie wie. Więc wyszłam z tego punktu główkując, co się stało? W domu, świętowałam zdanie pracy licencjackiej na piątkę, gdy nagle mnie olśniło. Zapewne zapytasz teraz gdzie ta śmieszna sytuacja? A więc, napisałam e-mail, nie do tego punktu ksero(Na tej samej ulicy znajdują się aż 4 punkty, w końcu blisko uczelni), i tak o to moim pechowym sposobem, zafundowałam sobie całkowicie za darmo, doręczony do rąk własnych egzemplarz pracy licencjackiej ;)  

Wymienione osoby proszę o przesłanie na wyżej wspomniany adres e-mail swoich adresów, jak uzyskam już wszystkie  przekaże je wydawnictwu by mogło wysłać nagrody!

Gratuluję wygranym i dziękuję wszystkim za udział w zabawie ;)  

czwartek, 17 lipca 2014

A pierwsze skrzypce gra Komandos!




„- Wiem, że jestem zboczeńcem, ale nie jestem zboczeńcem takiego rodzaju. Jestem zboczeńcem z gatunku zrób - to - sam.”

Mówi się, że do wszystkiego można się przyzwyczaić, jeśli trwa to wystarczająco długo, nic już wtedy nie powinno być w stanie szokować ani zaskakiwać. Jednak kiedy twoje życie jest co chwile zagrożone, bo spotykasz na swojej drodze wariatów i groźnych przestępców, to na pewno nie spowszednieje ci praca oraz czas pomiędzy nią.

Stephanie powróciła do bycia łowczynią nagród i obecnie ma urwanie głowy z NS-ami. Osoby, za które poręczyła firma jej szefa, jakby zapadły się w ziemię, kolejne teczki przybywają, a pieniądze zaczynają się kończyć i naprawdę bardzo dobrze by było, gdyby udało się im dorwać kilku NS-ów. Do tego, jakby Steph miała mało problemów na głowie, Komandos wyjeżdża i nie ma z nim kontaktu, zaczyna ją śledzić wariatka podająca się za jego nową żonę, a jego z kolei policja, gdyż podobno porwał swoją córeczkę i gdzieś wywiózł. Plum nie wierzy w jego winę i zaczyna drążyć sprawę, co jak się okaże, nie będzie dla niej zbyt dobre.

To już czwarty tom przygód o łowczyni nagród wydany w tym roku (ogólnie jest ich dwanaście), a piąty jest zaplanowany na sierpień. Wydawnictwo Fabryka Słów nie próżnuje i bardzo dobrze, bo chociaż na koncie Janet Evanovich ma już tyle tomów, to nadal potrafi zaskoczyć, rozbawić oraz sprawić, że ma się ciarki na plecach.

Zabierając się za pisanie opinii o omawianej publikacji uświadomiłam sobie, że ponownie będę musiała się powtarzać. Bowiem amerykańska powieściopisarka w dalszym ciągu umiejętnie kluczy pomiędzy gatunkami i połączenie kryminału, romansu, sensacji oraz komedii w jej wykonaniu jest niesamowite. Sceny są na przemian lub też w tym samym czasie absurdalne, komiczne, wywołujące dreszcze oraz szybsze bicie serca, gdy pojawia się czysty testosteron w postaci dwóch mężczyzn. Połączenie takie nie zawsze wychodzi dobrze, ale Evanovich bez problemu udaje się wszystko połączyć w spójną oraz logiczną całość.

Dotychczas pierwsze skrzypce zawsze grała Steph, ale tym razem czeka wszystkich zaskoczenie, bo oto na główny plan wysuwa się postać Komandosa (nie żebym narzekała) i będzie można trochę więcej się o nim dowiedzieć. Niewątpliwym atutem autorki jest w każdej części duża dawka humoru, lekki styl oraz pomysłowość i kreatywność w tworzeniu nowych przygód głównej bohaterki. Plusem jest również dobrze rozwinięty wątek kryminalno-sensacyjny, pisarka prawie do samego końca kluczy i ujawnia tylko tyle, ile uważa za słuszne, tym samym zmuszając do rozmyślania kto, co i dlaczego.

Jeśli chodzi o bohaterów, to i w tym przypadku autorka spisała się doskonale, za każdym razem napotykam na prawdziwy kalejdoskop osobowości i chociaż wydaje mi się, że niektóre z nich znam bardzo dobrze, to i tak potrafią mnie zaskoczyć i sprawić, iż zbieram szczękę z podłogi. Podoba mi się fakt, że każdy jest inny i niepowtarzalny. Bez niektórych nawet nie wyobrażam sobie dalszych historii. Na przykład babci Mazurowej ze swoim zachowaniem, Komandosa, którego było tak dużo, a jednak i tak za mało, no i Luli powalającej mnie ze śmiechu na łopatki. Do tego Stephanie ze swoim szczęściem do popadania w kłopoty i uczuciem do dwóch mężczyzn. Jednocześnie silna, uparta, urocza, wzbudzająca u mężczyzn potrzebę ochrony, a u mnie mnóstwo pokładów sympatii.

Po raz kolejny Janet Evanovich mnie nie zawiodła i zapewniła jazdę bez trzymanki uzupełnioną o niekontrolowane ataki śmiechu, ciarki na plecach w niebezpiecznych momentach oraz szybsze bicie serca, kiedy pojawia się Komandos, no i również Morelli. Spotkanie ze Steph i resztą bohaterów to jak wizyta bardzo dobrych przyjaciół – absorbująca, pochłaniająca i niezwykle intrygująca. Ich perypetie wciągają od samego początku i nie pozwalają odłożyć książki, dopóki nie przeczyta się ostatniego zdania. „Parszywą Dwunastkę” pochłonęłam w tempie ekspresowym przeżywając wszystkie wydarzenia razem z postaciami i żałuje tylko, iż książka nie jest grubsza, bo zdecydowanie za szybko się skończyła.

„Parszywa Dwunastka” to zdecydowanie jedna z lepszych książek z serii, zabawna, frapująca, pełna komicznych i nie tylko scen. Janet Evanovich nieustannie zaskakuje i jestem niemalże pewna, iż będzie tak jeszcze przez bardzo długi czas. Polecam ją sympatykom serii, jak i komuś, kto chce dopiero zacząć znajomość z łowczynią nagród – jeśli nie ma się możliwości czytania od pierwszego tomu, spokojnie można zacząć od każdego innego.

TEKST STANOWI OFICJALNĄ RECENZJĘ DLA PORTALU Secretum
 

*str. 167
Autor: Janet Evanovich
Tytuł: Parszywa Dwunastka
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok wydania: 27 czerwca 2014
Liczba stron: 350


Łowczyni nagród Stephanie Plum:
Po pierwsze dla pieniędzy | Po drugie dla kasy | Po trzecie dla zasady | Zaliczyć czwórkę | Przybić piątkę | Po szóste nie odpuszczaj | Szczęśliwa siódemka | Ósemka wygrywa | Wystrzałowa Dziewiątka | Dziesięć kawałków | Najlepsza Jedenastka | Parszywa Dwunastka | Złośliwa Trzynastka


Książka przeczytana w ramach wyzwań: Wyzwanie kryminalne

poniedziałek, 14 lipca 2014

Gdzie jest moje miejsce?




„Miłość i logika są jak słońce i księżyc. Kiedy jedno wschodzi, drugie zachodzi...”*

Od zawsze odnosisz wrażenie, że twoja rodzina nie jest tą prawdziwą, czujesz się w niej obco, różnisz od pozostałych członków familii, nie pasujesz do niej. Z jednej strony chcesz by były to tylko twoje wymysły, a z drugiej nie potrafisz przestać poszukiwać odpowiedzi. Tylko czy jesteś pewna, że podołasz temu co odkryjesz?

Mageli to nastolatka, która uważa, że nie pasuje do swojej rodziny, różni się wyglądem, zachowaniem, do tego czuje, że matka, na którą mówi Linda, nie kocha jej tak jak młodsze rodzeństwo. Za wszelką cenę chce dowiedzieć się jaka jest prawda. W tym samym czasie poznaje Erina, który od samego początku wzbudza jej zachwyt swoją urodą. Chłopak pojawia się za każdym razem w dziwnych okolicznościach, bo tylko wtedy gdy nastolatka śpi. Do tego twierdzi, że jest elfem i opowiada o swojej krainie. Szesnastolatka nie bardzo wie w co ma wierzyć, wymyśliła sobie go czy elfy naprawdę istnieją? Kiedy Erin znika Mageli postanawia go odnaleźć. Nie przeczuwa nawet jak bardzo ta wyprawa namiesza w jej życiu.

Jest mnóstwo książek o wampirach, zmiennokształtnych, wilkołakach czy też aniołach, ale o elfach już nie. Dlatego też za każdym razem gdy uda mi się natrafić na pozycję traktującą o tych magicznych istotach chętnie po nią sięgam. Postacie nadnaturalne, które zawsze są indywidualne, dostojne oraz zaskakujące. „Spojrzenie elfa” zauroczyło mnie swoją oprawą graficzną (Dreams jak zwykle nie zawodzi) no i samym blurbem oczywiście też.

Katrin Lankers miała niewątpliwie świetny pomysł na fabułę, jak i przedstawienie świata elfów oraz ich samych. Ciekawie opisuje historię ludu elfickiego, dbając o to by wszystko miało swoje podłoże w przeszłości, było spójne oraz logiczne. Barwnie opisuje krainę tych magicznych istot oraz umiejętnie przedstawia je same: ich wygląd, sposób życia, zachowywania się, moce i umiejętności. Pod tym względem jest naprawdę dobrze, chociaż, jak sądzę zostało jeszcze wiele do odkrycia. Niestety dalej już tak kolorowo nie jest, sam pomysł nie wystarczy, by napisać coś dobrego. Autorce nie udało się stworzyć fabuły, która chociaż trochę potrafiłaby zaskoczyć przebiegiem wydarzeń, akcja jest przewidywalna niemalże od początku. Natomiast fakt, że jest to książka z gatunku paranormal romance nie tłumaczy tego iż wątek miłosny jest totalną klapą. Kika spotkań w śnie i już wielka miłość – już dawno nie czytałam nic tak naiwnego. Do tego w tekście napotkać można mnóstwo powtórzeń (zbyt dużo imienia głównej bohaterki) no i nie da się również nie zauważyć iż Katrin Lankers nie potrafiła zdecydować się na jeden typ narracji, co może nie byłoby tak denerwujące gdyby przeskoki nie następowały w połowie zdania.

Jak już wspominałam wyżej, podoba mi się charakterologia elfów, w tym przypadku niemieckiej powieściopisarce udało się zobrazować te istoty niezwykle barwnie i ciekawie. Z zaintrygowaniem czytałam opisy poświęcone ich mocom oraz umiejętnością. Niestety tego samego nie mogę powiedzieć o samej Mageli, która jest bardzo niedojrzała, naiwna, dziecinna i niezwykle denerwująca. Jej brak podejrzliwości i zachowanie niezwykle działały mi na nerwy.

Przyznać muszę, że zawiodłam się na tej pozycji, miałam względem niej duże oczekiwania, a ostatecznie dostałam powieść z potencjałem, którą szybko się czyta i nic po za tym. Oprócz opisów elfów nic nie zainteresowało mnie na tyle by o tym za jakiś czas pamiętać. Owszem historia jest dobra, śledziło mi się ją płynie, ale nie zapadła mi w pamięć, nie zżyłam się z bohaterami, nie przewracałam niecierpliwie kartek, by jak najszybciej poznać zakończenie. „Spojrzenie elfa” to dla mnie poprawna lektura na jeden raz od której nie powinno się zbyt wiele wymagać.

Powieści autorstwa Katrin Lankers ani nie odradzam, ani nie polecam – zbiera ona różne noty i uważam iż samemu trzeba wyrobić sobie o niej zdanie. Książka jest napisana poprawnie, trochę w baśniowym klimacie i jeśli nie będzie się od niej zbyt wiele wymagać, to całkiem możliwe, że wywrze na was lepsze wrażenie niż na mnie.

*str.102
Autor: Katrin Lankers
Tytuł: Spojrzenie elfa
Wydawnictwo: Dreams
Rok wydania: 30 stycznia 2013
Liczba stron: 352

Spojrzenie elfa:
Spojrzenie elfa

Książka przeczytana w ramach wyzwań czytelniczych: Book lovers