sobota, 31 stycznia 2015

By nauczyć się jak żyć











„Kiedy nie można dodać dni do swojego życia, trzeba dodać życia swoim dniom”.*
Jean Bernard, onkolog

Rodzice kochają swoje dzieci i uczynią wszystko by te były szczęśliwe, radosne i nie cierpiały. Co jednak mają zrobić gdy dowiadują się o chorobie swoich pociech i jedyne co mogą, to patrzeć, być przy nich, kochać i sprawić, by ból nie był tak dotkliwy, a dni, które im zostały były jak najbardziej radosne i pełne miłości.

Anne-Dauphine i Loïc mają czteroletniego synka Gasparda, dwuletnią córeczkę Thaïs, spodziewają się również trzeciego dziecka. Są zwyczajną, szczęśliwą, snującą plany na przyszłość rodziną.  Nawet przez chwilę nie myśleli, że spokój panujący w ich domu jest tylko tymczasowy. W czasie wakacji Anne zauważa, że jej najmłodsza latorośl lekko powłóczy nóżką. Początkowo lekarze twierdzą, że to nic poważnego, ale kierują małą na kolejne badania, by dojść do tego co jej jest. W dniu drugich urodzin Thaïs małżeństwo słyszy okrutny wyrok. Ich maleńka dziewczynka choruje na Leukodystrofię metachromatyczną -  chorobę powodującą stopniową degradację układu nerwowego, co prowadzi do całkowitej utraty możliwości chodzenie, mówienia, widzenia, a na końcu słyszenia i ostatecznie śmierci… Ponadto okazuje się również, że nowo narodzone maleństwo cierpi na to samo. Jak mają poradzić sobie w obliczu tak niewyobrażalnie bolesnej tragedii?

Powiedzieć, że lubię sięgać po książki tego typu byłoby z mojej strony nietaktem, bo przecież to nie fikcja, a czyjeś prawdziwe życie. Niemniej ciągnie mnie do takiej literatury, bo za każdym razem coś mi przypomina, uświadamia i stawia do pionu, oczywiście po jakimś czasie, bo na początku muszę je przeżyć i przepłakać.

„To nie słowa ranią, lecz sposób w jaki je wypowiadamy”.*

Anne-Dauphine Julliand po usłyszeniu diagnozy Thaïs na początku się załamała, ale później złożyła jej pewną obietnicę. „Ślady małych stóp na piasku” są zapisem i potwierdzeniem, że zarówno ona, reszta rodziny, niania, a nawet przyjaciele spełnili, to co jej obiecano. Tytuł ten jest też świadectwem miłości, zaangażowania, niewyobrażalnego cierpienia, nadziei oraz nauki. Widać w nim jak przebiegało codzienne życie rodzinny, blaski i cienie kolejnych godzin, dni, tygodni po tym jak w ich świat wkroczyła choroba. Francuska dziennikarka bez koloryzowania czy łagodzenia opisuje swoje uczucia, lęki, obawy, to jak wraz z innymi uczy się żyć z świadomością utraty ukochanej osoby, ukazuje także dziecięce spojrzenie na zaistniałą sytuację, zupełnie inne od dorosłego, a jakże trafne. To pokaz siły rodzinnej miłości, więzi łączącej rodzeństwo, rodziców. Coś poruszającego i pięknego.

To wręcz niewyobrażalne, jak po tylu szokujących wiadomościach i świadomości, że nie można kompletnie nic zrobić, by uratować własne dziecko Anne i Loïc podążają dalej. Jestem pełna podziwu dla nich, bo mieli prawo się załamać, a oni walczyli wytrwale nadal walczą, jak sądzę. Dla siebie, swoich dzieci trwają z dnia na dzień, wykonując codzienne czynności, okazując miłość i dając bezpieczeństwo. Nie są idealni, popełniają błędy, uczą się na nich, cierpią, upadają, ale zawsze znajdują siły, by walczyć dalej. Pomiędzy ciemnymi chmurami przebijają się promyki słońca, które rodzina Anne docenia i chłonie całą sobą.

Na niespełna 230 stronach znajdują się kolosalne wręcz pokłady uczuć, które uderzyły we mnie i sprawiły, że… zupełnie nie wiem jak mam opisać, to co czuję. Z niepewnością i strachem, a zarazem wielkim szacunkiem, przewracałam kolejne strony obawiając się co na nich zastanę. Wiem, że taki koniec był nieunikniony, ale przecież każdy buntuje się przeciwko cierpieniu dzieci. Mnie bolało serce w trakcie czytania, a co dopiero czuli rodzice tracący swoją córeczkę, patrzący jak cierpi i gaśnie… Płakałam nad tym tytułem chyba bez przerwy, łzami złości, wzruszenia, radości i bólu. Jestem pełna podziwu dla rodziców oraz Thaïs, że była tak silna, pogodna i pogodzona z tym co ma nadejść.

Niezmiernie trudno było mi napisać o tej pozycji, bo cokolwiek nie przyjdzie mi na myśl, to jest za mało, zbyt banalne, nie takie jak powinno. Ale coś powstało. To jedna z tych publikacji, które trzeba przeczytać. Wzrusza, pozwala znaleźć odpowiedzi na pytania o prawdę, miłość, sens życia oraz cierpienia. Napisana prostym, ale ładnym językiem. Niesamowita!

„Czasami szczęście składa się z drobiazgów, rzeczy maleńkich, niemal nieistotnych”.*

*Anne-Dauphine Julliand, „Ślady małych stóp na piasku”
Autor: Anne-Dauphine Julliand
Tytuł: Ślady małych stóp na piasku
Wydawnictwo: Święty Wojciech
Rok wydania: 15 października  2012
Liczba stron: 224

czwartek, 29 stycznia 2015

Dna i słodycze




„Gdybym był stolarzem, zrobiłbym ci okno do mojej duszy.
Ale zostawiłbym je zamknięte,
więc za każdym razem, gdy próbowałabyś przez nie zajrzeć…
widziałabyś tylko swoje odbicie.
Widziałabyś, że moja dusza
jest odbiciem ciebie...” .*

Życie daje w kość. Zabiera nam ludzi, których kochamy, rzuca kłody pod nogi, przesuwa granice naszej wytrzymałości i sprawdza kiedy tak naprawdę zostanie ona przekroczona. Żąda od nas czegoś, co według nas, przynajmniej na początku, jest ponad nasze siły. Ale… musimy trwać i iść dalej, jeśli nie dla siebie, to tych, którzy potrzebują naszej pomocy

Stało się nieuniknione, Julia – mama Lake - odeszła, teraz opieka nad młodszym Kelem spoczywa na osiemnastolatce. Na szczęście ma Willa, który również sam wychowuje młodszego Cauldera i jest w niej szaleńczo zakochany oraz przyjaciół, Eddie i Gavina. Obydwoje uzyskują też pomoc od nowej sąsiadki, która niedawno się wprowadziła. Para stara się pogodzić studia z wychowaniem dorastających chłopców, co nie jest rzeczą prostą, zwłaszcza, że sami są jeszcze bardzo młodzi i muszą się wiele nauczyć. Pomimo wielu wyrzeczeń i trudności jakoś im to wychodzi. Mogłoby się wydawać iż los doświadczył ich wystarczająco i da im w końcu spokój, by mogli sobie poukładać życie, ale nie – on szykuje kolejne próby. Tylko jak sobie z nimi poradzą, Lake i Will?

Z twórczością Colleen Hoover pierwszy raz spotkałam się przy okazji czytania „Hopeless”, połamała mnie ta książka i jest zdecydowanie moim numerem jeden ubiegłego roku. Zaraz po niej musiałam sięgnąć po „Pułapkę uczuć” i przepadłam po raz kolejny. Uwielbiam styl pisania Hoover i nie mogłam doczekać się kolejnej jej książki. Trzeci tytuł tejże autorki już za mną, a jakie są moje wrażenia?

„Serce mężczyzny
W ogóle nie jest sercem,
Jeśli nie kocha go jakaś kobieta.
Serce kobiety
W ogóle nie jest sercem,
Jeśli nie kocha ona jakiegoś mężczyzny.
Ale serce mężczyzny albo kobiety, jeśli są zakochani,
Może być czymś gorszym niż brak serca.
Ponieważ jeśli nie masz serca,
To przynajmniej
Ono nie może umrzeć, kiedy jest złamane”.**

Nie wiem jak ta powieściopisarka to robi, ale w każdej swojej powieści umieszcza słowa, które wszystkie mają jakieś znaczenie, które tworzą wspólnie całość tak przepełnioną emocjami, że nie sposób ich nie odczuwać. Książka jest przemyślana i dopracowana w najdrobniejszym calu. No może inaczej można było rozegrać jedną sprawę, ale to, co z niej wyniknęło, było dla mnie jak najbardziej potrzebne – nie mówię tu o kłótni, a o udowodnieniu… czegoś (nie mogę zdradzić za wiele, wybaczcie). Hoover nie oszczędza bohaterów, daje im ciężką szkołę życia, a tym samym pokazuje ile można zrobić dla tych, których się kocha, jak bardzo boli niepewność i strach o to czy nie utraci się kolejnej bliskiej osoby, jak wielka jest siła nadziei, miłości i przyjaźni. Zawarła w „Nieprzekraczalnej granicy” taki ładunek uczuć iż nie sposób ich nie przeżywać. „Pułapka uczuć” została poprowadzona z punktu widzenia Lakę, ta historia opowiedziana jest przez Willa. Patrząc na przebieg wydarzeń okazało się to idealnym posunięciem ze strony autorki.

Podziwiam Lake i Willa, tak dużo przeszli, tyle muszą udźwignąć na swoich barkach, a nie poddają się i trwają, dzień po dniu. Opłakują utratę rodziców i starają się nimi być dla młodszych braci. Popełniają błędy uczą się na nich i starają się stworzyć rodzinę, pogodzić wiele spraw i znaleźć czas dla siebie. Lubię ich, tak samo jak Kela, Cauldera i całą resztę (z dwoma wyjątkami). Każdy jest inny, wyjątkowy, ale wspólnie tworzą niesamowitą grupę osób, których nie sposób pokochać. Znajdują drogę do serca i tam pozostają.

Tyle bym chciała napisać o tej książce, ale jestem pewna, że wtedy zdradziłabym o wiele za dużo. Wręcz chłonęłam kolejne słowa, zdania, akapity… Nie mogłam zakończyć czytania póki nie zobaczyłam ostatniej kropki. Stęskniłam się za bohaterami, ich poczuciem humoru, poglądami, zachowanie, stęskniłam się za slamem i wyrażaniem emocji za pomocą poezji. Ta pozycja zawiera ogromne pokłady smutku i rozpaczy, ale zarazem miłości, nadziei i wiary. Przy niej się płacze, śmieje i przeżywa wszystko wraz z bohaterami. Niesamowite jest to, jak Hoover operuje słowem, jak sięga do najczulszych strun serca,  przekazuje tak wiele i sprawia, że całość wydaje się taka realna…

Kocham i zarazem nienawidzę gdy książki rozdzierają mi serce. Ta mi to zrobiła, rozerwała na malutkie kawałeczki, by potem zacząć je powoli sklejać. Czy muszę dodawać coś więcej?

„Czasami w życiu zdarzają się rzeczy, których nie planujemy. Wszystko, co możesz teraz zrobić, to pogodzić się z tym i zacząć układać nowy plan”.***

* Colleen Hoover, „Nieprzekraczalna granica”, s. 61
**Tamże., s. 167
***Tamże., s. 176
Autor: Colleen Hoover
Tytuł: Nieprzekraczalna granica
Wydawnictwo: W. A. B.
Rok wydania: 18 luty 2015
Liczba stron: 304

Pułapka uczuć:
Pułapka uczuć | Nieprzekraczalna granica |This Girl

środa, 28 stycznia 2015

Uważaj komu ufasz





„Długo myślała w jaki sposób mogłaby się zemścić, snuła plany jeden po drugim i wszystkie odrzucała. Ale któregoś wieczora nagle ją olśniło. Wiedziała, co chce zrobić, co musi zrobić”.*

Nawet w najgorszych koszmarach niemożna przewidzieć tego, że ktoś komu zaufamy, kogo będzie uważało się za bratnią duszę może być tak okrutny i zabrać nam kogoś najcenniejszego kochanego bezwarunkową wielką miłością. Jak bardzo jest się podłym żeby porwać niewinne dziecko?

Katrin wraz z trzyletnim synkiem Leo i mężem dopiero co przeprowadziła się do Münsteru. Życiowy partner dostał szansę by się wybić w pracy i praktycznie nie ma go w domu, a cała przeprowadzka, remont, opieka nad synkiem i praca na pół etatu jest na jej głowie. Kobieta jest zmęczona, brakuje jej chwili dla siebie i rozmowy z przyjazną duszą dlatego też gdy na parkingu przedszkola poznaje jedną z matek kolegi synka i szybko łapie z nią nić porozumienia cieszy się, że w końcu kogoś poznała. W krótkim czasie zaprzyjaźnia się z Tanją, lubią te same książki, filmy muzykę, mają podobne poglądy na wiele spraw. Szybko jednak okazuje się, że Tanja nie była tą za, którą się podawała. Gdy tylko nadarza się okazja porywa Leo i zaciera za sobą wszelkie ślady. Czym kierowała się porywaczka i czemu akurat synek Katrin?

Przy wyborze tego tytułu zadecydował blurb, fakt, że to debiut no i od dawna chciałam przeczytać thriller lub kryminał wydany przez Sonie Dragę – pozytywne opinie skutecznie kuszą. Autorka poruszyła temat trudny i byłam ciekawa jak sobie z nim poradzi tym bardziej iż „Niebezpieczna znajomość” została okrzyknięta bestsellerem.

Przyznać muszę, że jak na debiut, to Christine Drews napisała bardzo dobrą książkę. Fabuła jest przemyślana i dopracowana, występuje w niej wielowątkowość, co dodaje napięcia i potęguje ciekawość. Powoli odkrywa poszczególne elementy układanki dając poszlaki, naprowadzając, ale nie podając gotowego rozwiązania na złotej tacy. Sprawia, że wraz z bohaterami analizuje się wszystko, tworzy własne domysły i podejrzenia. Opis prowadzenia sprawy jest rzetelny, ale zabrakło na końcu paru wyjaśnień, moim zdaniem dość ważnych, ale nie na tyle by wpłynąć negatywnie na odbiór całości utworu. Równie dobrze został poprowadzony wątek psychologiczny, przyczyny postępowania Tanji, rozpacz rodziców po utracie dziecka, autorka wgłębia się zarówno w psychikę matki trzylatka, AK i porywaczki. Plusem jest również płynny styl pisania Drews, każda kolejna strona ujawnia, że poszczególne sytuacje ułożą się w spójną i logiczną całość. Nie można też narzekać na brak akcji, dzieje się dużo, szybko i nawet zaskakująco.

Jeśli chodzi o postacie, to i tutaj Drews pokazała się z jak najlepszej strony. Każda posiada szereg indywidualnych cech dzięki czemu się wyróżniają i są wielowymiarowi. Niektórzy mają swoje tajemnice, grzeszki lub demony przeszłości za nimi podążające, przez co cały czas żyją w obawie, że coś może wyjść na jaw i zaszkodzić lub sprawić, że będzie się bardziej cierpiało. Polubiłam Katrin za to, że potrafiła sobie poradzić z tym co na nią spadło, za to że nie straciła głowy pomimo śmiertelnego lęku i się nie poddała.

Pióro Christine Drews przypadło mi do gustu i z pewnością sięgnę po inne jej powieści jeśli tylko zostaną u nas wydane. Pisze w taki sposób, że historię pochłania się w mgnieniu oka pragnąc jak najszybciej poznać zakończenie, by dowiedzieć się czy snute domysły i podejrzenia były słuszne. Wciągnął mnie wir wydarzeń i byłam zadowolona, że treść pozwalała, a nawet zachęcała do tego by główkować nad motywami Tanji. Szczerze przyznaje, że przez dłuższy czas podejrzewałam nie tę osobę co trzeba, ale poszlaki i jej zachowanie na to wskazywały. Moim zdaniem to bardzo udany debiut i nie bez powodu został bestsellerem. Przykuwa uwagę,  absorbuje i intryguje, czego można więcej chcieć?

„Niebezpieczną znajomość” polecam fanom thrillerów niebojących się sięgać po debiuty, bo jest to książka naprawdę bardzo dobra, ale z małymi niedociągnięciami, które jednak nie są szkodliwe dla całości. Czyta się szybko, a co najlepsze umysł aż sam się rwie do tego, by rozwiązać sprawę. Powieść trzyma w napięciu i wywołuje ciarki oraz strach i niepewność. Polecam.

* Christine Drews, „Niebezpieczna znajomość”, s. 175
Autor: Christine Drews
Tytuł: Niebezpieczna znajomość
Wydawnictwo: Sonia Draga
Rok wydania: 09 lipca 2014
Liczba stron: 248
Kupisz w: Empik


poniedziałek, 26 stycznia 2015

Wyniki: Konkurs rocznicowy #4

Kochani, nadszedł czas na ogłoszenie wyników Konkursu rocznicowego #4. Za wszelkie opóźnienia przepraszam, ale z pewnych względów miałam niezły orzech do zgryzienia. Ale już opanowałam sytuację, wyniki gotowe, a ja nie przedłużając zbyt długo przekazuje je wam. Oczywiście najpierw małe przypomnienie... ;)

Przypominam iż...
  1. Zwycięzcy dostaną ode mnie maila wraz z kodem i terminem jego użyteczności, po tym jak napiszą maila na konkursyb@o2.pl w ciągu trzech dni od momentu ogłoszenia wyników. Po tym terminie nastąpi wybór nowych zwycięzców.
  2. Prawo do składania reklamacji w zakresie niezgodności przeprowadzenia konkursu z Regulaminem, służy każdemu uczestnikowi w ciągu trzech dni od daty wyłonienia jego laureatów. Należy je zgłaszać w formie e-maila na adres: konkursyb@o2.pl.

A zwycięzcami są...
Miejsce I zdobywa... Le Sherry!
Podarunek, Niedokończone opowieści, Truciznę wysyła wydawca
 
Miejsce II zdobywa.. Dominika03!
Cichą 5 wysyła wydawca



Miejsce III zdobywa... gosia5!
Dom róż wysyła wydawca

 
 Dziękuję wszystkim za udział w konkursie, zwycięzcą gratuluję i proszę o przesłanie adresu do wysyłki nagród.

czwartek, 22 stycznia 2015

Nienawidzę cię! (Kocham Cię!)




„Miłość do Noah była wygodna i bezpieczna; zawsze panował spokój. Miłość do Hardina jest surowa i podniecająca; rozpala każdy mój nerw, nie mogę się nim nasycić. Nie chcę się z nim rozstawać. (…) Czuję przy nim rzeczy, o których nawet nie wiedziałam, że mogę czuć... Sprawia, że śmieję się i płaczę, krzyczę i wrzeszczę, ale przede wszystkim – przy nim czuję, że żyję''.*

Poukładane, spokojne, zaplanowane do ostatniej minuty – takie jest właśnie twoje życie. Innego nie znasz i jak twierdzisz, nie chcesz znać. Masz z góry ustalony plan, którego się trzymasz. Dlatego też kiedy w twoją przestrzeń wkrada się chaos i to za sprawą jednej osoby kurczowo trzymasz się tego co jest ci znane. Tylko czy to coś da?

Osiemnastoletnia Tessa udaje się właśnie na Washington Central University zostawiając w rodzinnym mieście mamę i o rok młodszego chłopaka Noah’a. Dziewczyna doskonale wie czego chce i zamierza do tego dążyć. Nie zraża jej nawet fakt, że jej współlokatorka diametralnie różni się od niej i należy do kręgu osób z którymi ona nie miała do tej pory zamiaru się zadawać. Zwłaszcza, że wśród nich jest Hardin, arogancki i niesympatyczny chłopak od początku wywołujący w Tess wszystko co najgorsze. Postanawia, że zakoleguje się z niektórymi osobami, bo okazują się w porządku,  jego unikać albo chociaż ignorować, ale on z jakiś powodów zawsze pojawia się tam gdzie ona. Jaki będzie finał ich znajomości?

„Pięćdziesiąt twarzy Grey’a” przeczytałam dawno temu i pomimo wielu niedociągnięć byłam zadowolona z lektury, dlatego też zainteresowałam się serią After, ocenianą bądź co bądź skrajnie i porównywaną właśnie do trylogii E. L. James. Byłam ciekawa czym i czy w ogóle może mnie zaskoczyć Anna Todd. Jakie są moje wrażenia po przeczytaniu?

Anna Todd nie zaskakuje, pisze schematycznie, przewidująco i prosto. Temat przez nią poruszony był przerabiany tysiące razy i naprawdę trudno wnieść do niego coś świeżego. Fabuła na początku ciekawi, w środka irytuje, a na końcu wraca do stanu początkowego. Nawet jeśli nie jest niczym nowym i przeczuwa się jaki będzie finał, brnie się dalej z zainteresowaniem w jaki sposób Todd wszystko rozegra. Akcja toczy się szybko, praktycznie cały czas coś się dzieje, nie jest to jednak urozmaicone, bo zazwyczaj są to kłótnie Tess i  Hardina oraz ich godzenie (za którymś razem zaczęłam przewracać oczami z rozdrażnieniem), to jak on jej rozkazuje, ona go ignoruje, no i imprezy bractwa… No ale faktem jest, że się nie nudziłam. Powieść jest spójna, wydarzenia następują kolejno po sobie i są następstwem poprzednich.

Mam dylemat z bohaterami, nie bardzo wiem jak ich ocenić i co względem nich czuję. Z jednej strony mam przeogromną ochotę złapać Hardina i trzasnąć go raz, a porządnie. Wkurzał mnie chyba jeszcze bardziej niż Travis z „Pięknej katastrofy”, a myślałam, że to nie możliwe. Chodząca zagadka z nieprzewidywalnymi stanami emocjonalnymi, nigdy nie wiadomo kiedy gra, a w których momentach jest sobą, arogancki, chamski i bezczelny. Ale gdzieś pomiędzy tym widziałam chłopaka poturbowanego przez los, co jednak nie tłumaczy jego zachowania. Co się tyczy Tessy, drażniło mnie w niej to, że aby tylko zrobić komuś na złość postępowała wbrew sobie (brawa za konsekwencję oraz zdrowy rozum!). Może nie jest brzydka, ale ukrywa swoją atrakcyjność, spokojna, cicha, żyjąca według ustalonego co do minuty planu dnia (serio?). Zmienia się jednak w college'u za sprawą wspomnianego wyżej chłopaka, wyzwalającego w niej wszystko co najgorsze. Zarówno ta dwójka, jak i pozostali są dobrze wykreowani różnorodni charakterami.

Zdaję sobie sprawę, że do tej pory w większości narzekałam i wytykałam, ale nie byłabym sobą gdym nie wspomniała o tym co mi się nie podoba. Niemniej nie mogę napisać, że tytuł ten jest gniotem. Nie jest niczym ambitnym, ale i nie jest jakoś specjalnie zły – dobry owszem, bo w jakiś sposób przykuwa uwagę, sprawia, że chce się czytać i poznać zakończenie. Rozwój sytuacji mnie nie zaskoczył, bo przeczuwałam, że tak może być nie zmienia to jednak faktu, że byłam wściekła na Hardina i całą resztę, wręcz zgrzytałam zębami i nawet po zamknięciu książki mamrotałam do siebie i nie dowierzałam, że można być takim głupkiem. Takie, a nie inne zakończenie sprawiło, że będę musiała sięgnąć po kontynuację – intryguje mnie w którą stronę podąży Todd.

Czy żałuję czasu spędzonego z pierwszym tomem After? Nie. Czy polecam? Ani tak, ani nie. Uważam, że w tym przypadku decyzje trzeba podjąć samemu. Książka nie jest zła, ma swoje plusy oraz minusy, a ja jestem świadoma, że ,można ją różnie odebrać. Może się spodobać miłośnikom erotyków i New Adlut, ale myślę, że warto podchodzić do niej bez zbyt mocno wygórowanych oczekiwań, a wtedy można mile się zaskoczyć.

*Anna Todd, „After. Płomień pod moją skórą”
Autor: Anna Todd
Tytuł: After. Płomień pod moją skórą
Wydawnictwo: Między Słowami
Rok wydania: 28 stycznia 2015
Liczba stron: 632

After:
Płomień pod moją skórą | Już nie wiem, kim bez ciebie jestem

wtorek, 20 stycznia 2015

Rozmowy o uczuciach



„(…) miłość jest uczuciem, w którym wszyscy powinni się zakochać”.*

O uczuciach jest czasem trudno rozmawiać nawet nam dorosłym, a co dopiero dzieciom, które są cały czas na etapie poznawania tego wielkiego i wiecznie zaskakującego je świata. Jak odróżnić miłość od zwykłego lubienia, nienawiść od chwilowej złości? W jaki sposób poradzić sobie ze strachem czy też poczuciem winy? Jak mówić o tym co nas dręczy?

„Kocha, lubi, szanuje… czyli jeszcze o uczuciach” składa się z siedmiu rozdziałów, z czego każdy dotyczy różnych emocji. I tak w książeczce poczytamy o: miłości, nienawiści, pogardzie, strachu, smutku, poczuciu winy i szczęściu. Każdy rozdział jest opatrzony definicją omawianego uczucia, ale nie taką z encyklopedii tylko napisaną z głowy, w miły i przystępny sposób, ponadto znajdziemy też w książeczce porady i pomysły, jak rozmawiać z dziećmi na ten temat oraz co zrobić, by pomóc przezwyciężyć lęki i obawy. Wskazówki są zarówno dla dzieci, jak i dorosłych.


Już dawno nie było nic na temat literatury dziecięcej, a że wczoraj przybyła do mnie książka Grzegorza Kasdepke, którą od razu przeczytałam stwierdziłam, że się nią pozachwycam publicznie. Bo musicie wiedzieć, że pomimo tak małej objętości jest to pozycja rewelacyjna. Ale zacznę może od początku.

Pierwsze na co zwróciłam uwagę w tej pozycji, to oczywiście oprawa graficzna. Twarda, kolorowa okładka z pewnością przyciągnie wzrok malucha. W środku jest równie ciekawie, duży tekst, krótkie rozdziały opatrzone ilustracjami Marcina Piwowarskiego, idealnie pasującymi do tekstu. Skupiają uwagę, są dopracowane i barwne. Co jeszcze mi się podobało, to zabawa czcionką w tytułach, jest różnorodnie i dzięki temu ciekawiej.

To moje pierwsze spotkanie z twórczością Grzegorza Kasdepke, ale na pewno nie ostatnie. Teraz już wiem czemu dzieci, a nawet i dorośli lubią pióro tego autora. Pisze on dowcipnie, prosto, krótko, ale trafnie. W „Kocha, lubi, szanuje… czyli jeszcze o uczuciach” historyjki stanowią swego rodzaju wstęp do rozpoczęcia rozmów o danym uczuciu, jak sobie z nim radzić i mówić o tym co nurtuje i dręczy. Podobały mi się definicje oraz propozycje zabaw i o czym, a przede wszystkim jak, rozmawiać z dziećmi. Autor podchodzi do tematu z humorem, wielokrotnie nie mogłam powstrzymać się od śmiechu, ale dba o przekaz, o to by zasiać w małym człowieku ziarenko ciekawości i chęci do dalszego rozwijania tematu i dochodzenia do własnych zdań.

Emocje w życiu malucha są bardzo ważne i dobrze jest o nich rozmawiać często oraz dużo. Dobrze jest podejść do tego poprzez zabawę, a książka Grzegorza Kasdepke z pewnością się do tego nada, bo bawi i daje wskazówki. Ślicznie wydana, kolorowa, zabawna, a co najważniejsze - zawiera w sobie dużo tematów do przemyśleń i wspólnych rozważań.

*Grzegorz Kasdepke, „Kocha, lubi, szanuje… czyli jeszcze o uczuciach”, s. 12
Autor: Grzegorz Kasdepke
Tytuł: Kocha, lubi, szanuje… czyli jeszcze o uczuciach
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Rok wydania: 21 stycznia 2015
Liczba stron: 80

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Świąteczny teatr




„- W święta każdy robi się sentymentalny. To nie tylko rzecz całkowicie naturalna, ale wręcz spodziewana i powszechnie oczekiwana. (…) To jedyny czas w roku, kiedy może obudzić się w nas dziecko i nikt nam nie powie za to złego słowa”.*

Gdy nam na czymś zależy zrobimy wszystko, by się udało wypaść jak najlepiej. Czasami jesteśmy nawet gotowi posunąć się do absurdalnych czynów i małych kłamstewek. No bo przecież drobne oszustwo w dobrej wierze, które ma się później zamiar wyjawić, nie jest niczym złym, prawda? Tylko… skoro musimy uciekać się do kręcenia czy ma to sens?

Camilla w ostatnim czasie poznała fantastycznego mężczyznę, właściwie to księcia małego królestwa, którego nazwy za nic nie może zapamiętać (ja zresztą też nie). Zaplanowała sobie, że za niego wyjdzie i z czasem pokocha, no bo jak nie czuć nic do niezwykle przystojnego i szarmanckiego mężczyzny? Nie da się. Jej kandydat na męża marzy o świętach rodem z powieści Dickensa, a ona zamierza mu je dać. Uważa jednak, ze jej rodzina nie należy do tych tradycyjnych i korzystając z faktu iż mama i najmłodsza siostra spędzają Boże Narodzenie gdzie indziej wynajmuje trupę teatralną by ta zagrała jej rodzinę. Do spisku dopuszcza tylko swoją bliźniaczkę, początkowo wszystko jakoś idzie, ale w momencie przybycia do domu jej dawnej miłości zaczyna wątpić w swoje plany, a na dodatek co chwile coś idzie nie tak jak powinno…

W prawdzie święta już dawno za nami, ale co szkodzi chociaż na chwilę przywołać sobie ich magię. „Świąteczna komedia” kusiła mnie od samego początku i nie było mowy żebym się z nią nie zapoznała, zwłaszcza, że bardzo lubię komedie. Jakie są moje wrażenia po skończeniu książki?

Co prawda Victoria Alexander nie napisała o niczym nowym, ale zrobiła to z pomysłem i na tyle dobrze, by nie nużyć, a bawić i ciekawić. Książka jest przemyślana, dopracowana, spójna oraz logiczna. Kolejne wydarzenia wynikają z poprzednich, co nadaje też ciągłość i nie odczuwa się, że coś wzięło się znikąd. Jest też komicznie, czasem nawet absurdalnie oraz refleksyjnie. Rzecz dzieje się dziewiętnastowiecznej Anglii, a więc jest okazja przyjrzeć się stylowi życia tamtych czasów, autorka, może nie wykonała tego idealnie, ale starała się oddać klimat tamtych czasów i nawet całkiem jej to dobrze wyszło. Opisała stroje, poglądy, oraz jak się mieszkało i co najważniejsze, obchodziło święta. Pozytywnym aspektem jest fakt, że „Komedia świąteczna” zaskakuje, może nie głównym wątkiem, bo g łatwo przewidzieć, ale tymi niepożądanymi sytuacjami już tak. Nigdy nie wiadomo co akurat pójdzie nie tak i jak bardzo to zagmatwa całość. Powieść posiada pewne niedociągnięcia, ale nie są one tak odczuwalne ani uciążliwe, by odbierały przyjemność czytania, chociaż przez początek trzeba przebrnąć.

Dużym plusem są dla mnie bohaterowie, bowiem występuje tu prawdziwy kalejdoskop osobowości. Postacie wyróżniają się na tle innych i każdy jest na tyle wyrazisty, by zapaść w pamięć na dłużej. Nie spotkałam tu chyba ani jednej takiej samej osoby, a co ważniejsze wszystkie, no może po za jedną, polubiłam i nie wyobrażałam sobie, że ich nie ma. Zarówno Camilla,  jak i Grayson myśleli, że ich wspólna historia jest przeszłością, że mogą być znajomymi, ale wystarczyła chwila by ta pewność została zachwiana. Obydwoje muszą sobie wiele wyjaśnić, a on na nowo zdobyć jej zaufanie. Nie jest to łatwe, ale jakże ciekawe.

Przyznaję, że nie podchodziłam do tej książki z wielkimi oczekiwaniami, liczyłam tylko na to, że przy lekturze tego tytułu się odprężę i pośmieję. I to chyba było najlepsze rozwiązanie, bo może „Komedia świąteczna” niczym mnie nie zaskoczyła, ale sprawiła, przez cały czas czytania uśmiech nie schodził mi z twarzy, a i wielokrotnie śmiałam się w głos. Jest to bowiem taka bajka dla starszych z mnóstwem komicznych scen, które nie tylko bawią, ale i wzruszają. Nie mogłam nie polubić Camilli, z jednej strony dorosła kobieta, a z drugiej trochę dziecko, które robi coś zanim dobrze to przemyśli. Z zainteresowaniem i ciekawością śledziłam perypetie bohaterów czując się przy tym jakbym była naocznym światkiem akcji. Polubiłam styl pisania Alexander, jej poczucie humoru i to jak patrzy na niektóre sprawy. Jeśli coś jeszcze jej autorstwa ukaże się u nas, to z pewnością sięgnę po ten tytuł.

„Komedie świąteczną” warto czytać w okresie świątecznym, ale i każda inna pora roku jest do tego równie odpowiednia. Zabawna, romantyczna, trochę bajkowa, w świątecznym klimacie. Napisana lekko i ciekawie, z zaskakującymi momentami. Polecam, bo warto spędzić z nią czas.

*Victoria Alexander, „Komedia świąteczna”, s. 402
Autor: Victoria Alexander
Tytuł: Komedia świąteczna
Wydawnictwo: Ole!
Rok wydania: 5 listopada 2014
Liczba stron: 448