czwartek, 23 października 2014

Ponowne wyniki z Dobrym początkiem D. Nichollsa!

Niestety jedna z wybranych przeze mnie osób nie zgłosiła się w wymaganym czasie i muszę wybrać kogoś innego. Zwycięzcami nadal zostają Lustro Rzeczywistości oraz Dominika Bruzda, ale egzemplarz, który miał trafić do TotallBookNerd trafi do...

Joanny Stoczko!
Muszę przyznać, że nie jestem osobą kochliwą, a wręcz przeciwnie czasem sceptycznie zastawioną do okazywania uczuć. Tak więc tylko jedyny raz zdarzyło się mi, że chciałam zwrócić na siebie uwagę kolegi z równoległej klasy. I wcale nie chodziło o to, że był przystojny. Po prostu miał dar. Dar jednania do siebie ludzi. Dar, gdyż ja również dałam się złapać na jego piękne bursztynowe oczęta.

Moje zaloty nie były jakoś wyjątkowo „szczeniackie”. Już na samym początku stwierdziłam, że najlepszym sposobem będzie przebywanie blisko niego i pokazanie siebie z jak najlepszej strony. Ale jak już kiedyś pisałam- jestem osoba pechową, tak i w tym przypadku mój wszechobecny „niechciany znajomy” dał mi mocno w kość. Przytoczę zatem trzy nieszczęsne sytuacje…

Raz dowiedziałam się, że 3- go maja osoba, do której czułam przysłowiową „miętkę” będzie trzymać w kościele chorągiew naszej szkoły. Miało być trzy osoby, a wyszło, że zgłosił się tylko on. Zatem długo się nie zastanawiałam, zgłosiłam się i ja. By spędzić trochę z nim czasu, ale również dlatego, aby nie został z tym całkowicie sam. Jak się to zakończyło? Mówi się, ze nieważne jak zaczynasz, ważne jak kończysz. W moim przypadku było na odwrót- dobrze zaczęłam, ale niestety źle skończyłam, gdyż… zemdlałam. Właśnie tak. I nie jestem w stanie odpowiedzieć czym to było spowodowane- jego obecnością czy brakiem dostatecznej ilości powietrza. Ale zawsze można przyjąć i trzecią wersje- zaparło mi dech w piersiach na jego widok ;)

Kolejną nieudaną próbą zwrócenia na siebie uwagi była szkolna dyskoteka. Doskonale wiedziałam, że nie może go tam zabraknąć, także nie przesadzając z makijażem i zbyt wyzywającymi ciuchami wybrałam się na kolejną misję zatytułowaną: „Przez taniec do serca”… Zaprosiłam go do tańca i akurat pech chciał, a może wtedy i szczęście (?), że z głośników zaczęła płynąć spokojna, romantyczna muzyka. Tak trwaliśmy dopóki melodia nie ucichła. Podziękowałam mu za fantastyczne „bujanie” i kolejną, tym razem szybka piosenkę zaczęłam tańczyć z drugim kolegą- wrogiem tego pierwszego, oczywiście przed jego nosem. Jak skończyło się w tym przypadku? Nie najlepiej, gdyż… upadłam… Wręcz rąbnęłam tyłkiem na podłogę. Oczywiście moje policzki momentalnie oblał nie byle jaki rumieniec. I wierzcie mi na słowo, że w żaden sposób nie dało się go zwalić na szybki taniec, zmęczenie. Kurde no! Gdyby był to koniec. Ale gdzie tam! Dokładnie pamiętam jaką wszyscy na następny dzień mieli ze mnie bekę. Nawet wymyślili pewną CUDOWNĄ rymowankę. Jak to szło? Aha, pamiętam. „Jak Asia zabaluje, do domu nie wróci. Tańczyć przestanie jak się przewróci”. Przysięgam, że w tamtej chwili chciałam zapaść się pod ziemię albo najnormalniej w świecie uciec przed świdrującym mnie wzrokiem znajomych. Byłam zła na siebie, ale nie tylko dlatego, że zrobiłam z siebie kompletnego błazna. Chodziło przede wszystkim o to, że w scenariuszu w jednej chwili zaszły zmiany na które w zupełności nie miałam wpływu. Wszystko szło nie w tym kierunku co powinno. A to ja miałam być scenarzystą…

A trzecia, czyli ostatnia nieudolna próba? Ehh… Któregoś dnia w klasie zorganizowano turniej- siłowanie na ręce. Ja (no bo jak inaczej?) wylosowałam do ręcznej „walki” właśnie jego. I wybrałam najgorszą możliwość- wygrałam z nim. Czemu najgorsza? Cóż, wiadome jest to, że osobnicy płci męskiej lubią wygrywać, a przegrać z dziewczyną jest dla nich ogromną tragedią. Nie pozwala im na to ambicja. A ja oczywiście w tamtej chwili musiałam o tym zapomnieć. No i przez to był na mnie wielce obrażony. Cudownie, właśnie o to mi chodziło…

Podobnych sytuacji wydarzyło się wiele. Ale szczerze? Opłaciły się one, gdyż koniec końców staliśmy się przyjaciółmi. Może na sam początek liczyłam na inną miedzy nami wieź, ale teraz nie jest to ważne. Nie żałuję, gdyż zyskałam przyjaciela, który pociesza, opieprza, rozśmiesza, gdy jest takie zapotrzebowanie ;) I morał z tego taki, że cokolwiek by się nie działo nie należy się poddawać. Upór w dążeniu do celu zostanie wcześniej czy później nagrodzony. Jestem żywym przykładem ;)

***

Przypominam iż...
  1. Zwycięzca jest zobowiązany wysłać maila z danymi adresowymi na adres konkursyb@o2.pl w ciągu trzech dni od momentu ogłoszenia wyników. Po tym terminie nastąpi wybór nowego zwycięzcy.
  2. Prawo do składania reklamacji w zakresie niezgodności przeprowadzenia konkursu z Regulaminem, służy każdemu uczestnikowi w ciągu trzech dni od daty wyłonienia jego laureatów. Należy je zgłaszać w formie e-maila na adres: konkursyb@o2.pl.
 Gratuluję!

wtorek, 21 października 2014

Bez rąk, bez nóg, bez strachu*



„(…) pamiętaj, że nic nie dzieje się bez przyczyny i że ostatecznie z każdego doświadczenia może wypłynąć jakieś dobro”.**

W życiu każdego człowieka pojawiają się chwile zwątpienia, ciężkie dni i poczucie rezygnacji. Nic się wtedy nie chce i nawet najprostsze czynności wydają się czymś nie do pokonania. Nic też nie cieszy i nie motywuje do tego, by przetrwać ten gorszy czas. Wszystkim się to zdarza i ktokolwiek ma prawo do tego by mieć zły dzień, ale czasem warto zastanowić się czy nasze problemy nie są wyolbrzymione przez nas samych. Bo może istnieje ktoś, kto ma dwa razy gorzej, a idzie przez świat z uśmiechem i walczy z każdą przeszkodą…

Nick Vujicic, to około trzydziestoletni mężczyzna chorujący na fokomelię (wrodzony brak kończyn). Początkowo starał się tylko przetrwać każdy kolejny dzień, z czasem jednak zrozumiał, że jego powołaniem jest zostać mówcą. I chociaż na starcie bywało różnie i nie zawsze wszystko się udawało, to od kilku lat jeździ po świecie i zwraca się do wszystkich ludzi, bez względu na to w jakim są wieku, jakiej narodowości i o jakim statusie społecznym. Swoimi przemowami wzbudza emocje i skłania słuchaczy do przemyśleń, a często i zmian w swoim życiu. „Bez rąk, bez nóg, bez ograniczeń!” jest po części autobiografią, a trochę poradnikiem, jak zmienić coś w swojej egzystencji i być wytrwałym nawet wtedy gdy los akurat nie sprzyja.

O książce Nicka Vujicic słyszałam już od momentu ukazania się jej zapowiedzi i chociaż chciałam ją przeczytać, to jednocześnie długo z tym zwlekałam. Byłam jej ciekawa, ale zarazem brakowało mi mobilizacji, by po nią sięgnąć, prawdę mówiąc trochę się jej obawiałam. Mam ją jednak już, a może w końcu, za sobą i szczerze muszę przyznać, że mam mocno mieszane uczucia.

„(…) uwierz, że Twoje życie jest pełne możliwości”.***

Nick Vujicic w swojej publikacji szczerze i otwarcie pisze o tym co czuli jego rodzice kiedy się urodził, z czym musieli się zmagać i jak ciężko było się im pogodzić z zaistniałą sytuacją. Tak samo wspomina też o tym, jak on sam uczył się funkcjonować bez rąk i nóg. Od małego cechował się niezwykłym uporem i zawsze, na tyle ile mógł, robił po swojemu i starał się być samodzielny. Nie boi się mówić o zwątpieniu, załamaniu i niepewności jutra go dopadających, jako nastolatek musiał pogodzić się z brakiem akceptacji i wyśmiewania przez rówieśników, a przede wszystkim z z samym sobą, by móc zaakceptować swoją niepełnosprawność. Z zapisków Nicka jasno widać, że nie była to droga prosta i łatwa, ale wyboista oraz pełna przeszkód. On się jednak nie poddał, usamodzielnił się jeszcze bardziej, zaczął przemawiać i przez to również pomagać. Jego słowa i styl życia motywują, dają siłę do walki. Jeśli on dał radę, to my nie możemy?

Książka ta jako poradnik wskazuję co powinniśmy zrobić i jaką ścieżką dążyć, by osiągnąć swój cel, ukazuje też jak można się motywować czy też szukać rozwiązań. Nick próbuje, i to z pozytywnym skutkiem, pokazać, że jeśli bardzo się chce, można żyć bez ograniczeń nawet z brakiem kończyn. Nie dość, że zwiedził dziesiątki krajów, to ponadto jeździł na deskorolce, pływał na desce surfingowej, nurkował na rafie koralowej, grał na perkusji, wystąpił w filmie ze scenami kaskaderskimi, a nawet dyrygował orkiestrą. Poprzez wspomnienia swoich przygód, czasem zabawnych, rozczulających, a nawet i niebezpiecznych, chce ukazać, że zawsze można coś wymyślić, a ograniczenia nakładamy sobie sami. I rzeczywiście coś w tym jest.

Pomimo swojej niepełnosprawności i tego, że również musiałam sobie wykombinować, by móc funkcjonować w otoczeniu podziwiam Nicka, ja mam ręce, którymi jakoś daję radę ruszać, mam nogi i mogę buszować na kolanach, a on nauczył się żyć bez kończyn. I to jak! Czerpie z życia garściami i jeszcze pomaga innym. Z większością tego, o czym mowa w publikacji się zgadzam, część sama stosuję, ale bywały momenty gdy coś mi zgrzytało. Vujicic bardzo mocno podkreśla rolę Boga w tym, że jest tym kim jest i niektórych to może drażnić. To jest jego pogląd, sens i nie mam zamiaru oceniać, ale będą tacy, którzy mogą to negować. Ponadto strasznie denerwował mnie fakt iż wielokrotnie jakieś myśli autora są powtarzane, możliwe, że to specjalny zabieg, by coś zaakcentować, ale mnie rytowało czytanie po raz kolejny tego samego. Pomimo tego, czas spędzony z tym tytułem uważam za udany. Był on przepełniony zadumą,  przemyśleniami, a nawet łzami.

„Bez rąk, bez nóg, bez ograniczeń!” nie jest lekturą na jeden wieczór, ją trzeba sobie dawkować, dać czas na przetrawienie tego, co się do tej pory czytało i przygotować na kolejne zapisane strony. To tytuł, który warto przeczytać i człowiek, którego, wydaje mi się, że warto, posłuchać*. Pomimo swojej sytuacji potrafi czerpać z życia ile może oraz żyć bez ograniczeń.

„Nigdy nie wiadomo, co czeka na Ciebie tuż za rogiem. A może będzie to spełnienie Twoich marzeń?”****

*Nick Vujicic, „Bez rąk, bez nóg, bez ograniczeń!”, s.155
**Tamże., s. 27
***Tamże., s. 83
****Tamże., s. 176
Autor: Nick Vujicic
Tytuł: Bez rąk, bez nóg, bez ograniczeń!
Wydawnictwo: Aetos
Rok wydania: 09 sierpnia 2012
Liczba stron: 288

*Seminarium z Nickiem Vujicicem odbędzie się 30 kwietnia 2015r., na Stadionie INEA w Poznaniu. Jest to wydarzenie biletowane, a ich sprzedaż  już trwa. Jeśli ktoś jest zainteresowany, to podaję stronę wydarzenia na Facebooku oraz jego oficjalną stronę, na której można o nim poczytać oraz zamówić bilet.

poniedziałek, 20 października 2014

Konkurs: Przekonaj mnie dlaczego to Ty powinnaś/powinieneś dostać tę książkę.

Zapraszam na kolejny konkurs, w którym do wygrania są trzy egzemplarze najnowszej książki Izabelli Frączyk "Jak u siebie". Ponieważ nie mam pomysłu na jakieś mega trudne zadanie wymyśliłam coś prostego... chyba. ;) No zobaczymy, bo jednak trochę nagłowić się będziecie musieli. ;)

Regulamin:
  1. Organizatorem konkursu jest autorka bloga "Zapatrzona w książki".
  2. Konkurs trwa od 20.10.2014 r. do 31.10.2014 r. (do godziny 23.59).
  3. Wyniki zostaną ogłoszone na blogu do dziesięciu dni roboczych od zakończenia konkursu.
  4. Zwycięzca jest zobowiązany wysłać maila z danymi adresowymi na adres konkursyb@o2.pl w ciągu trzech dni od momentu ogłoszenia wyników. Po tym terminie nastąpi wybór nowego zwycięzcy.
  5. Sponsorem nagród jest: Wydawnictwo Prószyński i S-ka
  6. Zadania: Przekonaj mnie dlaczego to Ty powinnaś/powinieneś dostać tę książkę.
  7. Odpowiedzi wraz z adresem E-mail należy pozostawić w komentarzu wyłącznie pod tym postem.
  8. W konkursie mogą wziąć udział jedynie osoby posiadające adres korespondencyjny w Polsce.
  9. Do zdobycia są trzy książki, których fundatorem jest wymienione wyżej wydawnictwo, a wartość nagród jest równoznaczna z kwotą znajdującą się na ich okładkach.
  10. Zwycięzcami konkursu zostaną trzy osoby, których wypowiedzi najbardziej przypadną do gustu autorce bloga "Zapatrzona w książki”.
  11. Prawo do składania reklamacji w zakresie niezgodności przeprowadzenia konkursu z Regulaminem, służy każdemu uczestnikowi w ciągu trzech dni od daty wyłonienia jego laureatów. Należy je zgłaszać w formie e-maila na adres: konkursyb@o2.pl.



Powodzenia!

piątek, 17 października 2014

Wyniki: Opisz w jaki sposób Ty starałaś/eś się zwrócić na siebie uwagę osoby na której Ci zależy. A może to ktoś starał się skierować Twoją uwagę na siebie by Wasza znajomość miała swój dobry początek?

Nie dalej jak wczoraj zakończył się konkurs, w którym do wygrania była 3x książka "Dobry początek" Davida Nichollsa ufundowana przez Empik, a ja już dziś ogłaszam jego rozwiązanie. Od rana (no dobra, od południa :D) przeglądam wszystkie zgłoszenia i rozmyślam, które wybrać. Po namyślę wyniki przedstawiają się następująco...

A nie, jeszcze trochę potrzymam Was w niepewności... Zanim zostaną ogłoszone wynik przypominam dwa bardzo ważne punkty regulaminu.

  1. Zwycięzca jest zobowiązany wysłać maila z danymi adresowymi na adres konkursyb@o2.pl w ciągu trzech dni od momentu ogłoszenia wyników. Po tym terminie nastąpi wybór nowego zwycięzcy.
  2. Prawo do składania reklamacji w zakresie niezgodności przeprowadzenia konkursu z Regulaminem, służy każdemu uczestnikowi w ciągu trzech dni od daty wyłonienia jego laureatów. Należy je zgłaszać w formie e-maila na adres: konkursyb@o2.pl.
Przestaję już omijać część najważniejszą, czyli wyniki- zwycięzcami są:

Lustro Rzeczywistości 
Jedna taka sytuacja zapadła mi głęboko w pamięć. Pewien chłopak, jeszcze w liceum (a musisz wiedzieć, że był to początek XXI wieku) zaśpiewał dla mnie piosenkę Krawczyka. Jeden z romantycznych utworów, choć dziś już nie pamiętam który. I nie byłoby w tym nic strasznego, gdyby nie fakt, że zrobił to podczas akademii szkolnej, a świadkiem całego przedstawienia była cała szkoła. Ja, jako nieśmiałe dziewczę, o mało nie zapadłam się pod ziemię i długo nie mogłam mu tego wybaczyć. Jednak w końcu wybaczyłam ;) Dziś ten człowiek jest moi mężem, więc opłaciło się ;)

TotallBookNerd
Mimo swojego młodego wieku, więc co za tym idzie zapewne zupełnego braku doświadczenia od dawna używam, jak ja to lubię nazywać, sposobu na zaufanie. Jako że jestem dość nieśmiała to obcym ludziom nigdy prosto w oczy nie spojrzę. Ale wystarczy dłuższy kontakt wzrokowy z osobą, która ci się podoba i najzwyklejszy, szczery uśmiech. Ludzie tak rzadko się w tych czasach do siebie po ludzku uśmiechają, a przecież to, że wywoła się uśmiech u kogoś to jedna z najpiękniejszych rzeczy na świecie. Jeżeli nic z tego nie wyjdzie to chociaż zostaniemy bardzo dobrymi przyjaciółmi ;) Pozdrawiam i życzę wszystkim powodzenia w konkursie :* 

Dominika Bruzda
Podobnie jak wiele nastolatek jestem osobą nieśmiałą. Kiedy napotykam osobę, która mi się podoba od razu się niewinnie rumienię i uśmiecham. Nie wiem jak się w takich sytuacjach zachowywać, no bo cóż, można powiedzieć że mam taką starodawną, romantyczną duszyczkę. Uwielbiam kiedy to chłopka robi ten pierwszy krok i zagaduje. Niestety w XXI wieku takich podobnie myślących romantyków jest nie wiele. Jestem wielką marzycielką i lubię mieć 'głowę w chmurach'.
Mam 17 lat. Rok temu zaczęłam chodzi do liceum. Wiadomo nawa szkoła - nowe znajomości. Ciężko było mi się odnaleźć, choćby dlatego że, poszłam jako jedyna do tej szkoły, z byłej klasy. Pewnego grudniowego popołudnia wraz z koleżanką udałyśmy się na halę sportową, aby obejrzeć mecz piłki nożnej miejscowych drużyn. Akurat natrafiliśmy, gdy grali chłopacy z mojej szkoły, o rok od mnie starsi. Dobrze wiedziałam, co to za drużyna, gdyż grał w niej mój kuzyn. Ni stąd ni zowąd wpadł mi w oko niesamowicie przystojny piłkarz tej drużyny.
Los tak chciał, że natknęłam się przypadkowo na tego chłopaka z tej drużyny, kiedy wychodziłam z hali.Szeroko się uśmiechnął, przeprosił i odszedł. Od tamtej chwili się wszystko zmieniło. Nie wiem dlaczego, ale coraz częściej zaczęłam spotykać go na szkolnym korytarzu. Krępująca sytuacja, kiedy siedzisz na ławce i nagle przechodzi obok ciebie osoba o której myślisz. Zapatrujesz się w jej oczy aa ona to odwzajemnia. Coraz bardziej się rumienisz i na twojej twarzy pojawia się nieśmiały uśmiech, a żołądek i serce wywijają fikołki:D Zapewne to zjawisko nazywa się zauroczenie... Magiczna chwila, takie a'la przyciąganie się wzrokowo.
Po kilku tygodniach, gdy zapatrzenie powtarzało się każdego dnia szkolnego, on do mnie zagadał. Kiedy siedziałam sama na ławce tak po prostu do mnie zagadał. Oczywiście to przecież nic, ale dla mnie, nieśmiałej siedemnastolatki too jednak coś! Miło mi było go poznać. Dowiedziałam się o nim tylu rzeczy i dzięki temu całemu dziwnemu 'zapatrzeniu' spotkałam niesamowicie ciekawego i mądrego chłopaka. Dziwne motyle w brzuchu są do tej pory kiedy go widzę. Nasze magiczne 'zapatrzenie' ciągle trwa :) Czym zwróciłam na siebie jego uwagę??? On twierdzi że, tajemniczym i przenikliwym aa zarazem nieśmiałym spojrzeniem. Dziwne. Zawsze mi mówi, że gdy, na niego patrzę, on myśli, że ja już wszystko wiem, co on ma mi do powiedzenia. Niestety nie jestem jasnowidzem ale no cóż. Teraz bardzo dziękuję Bogu za takie niesamowite oczy xd Mam nadzieję że, los przygotował nam jeszcze kilka miłych niespodzianek dzięki którym jeszcze bardziej do siebie się zbliżymy. 

 Dziękuję wszystkim za udział w konkursie, zwycięzcą gratuluję i proszę o przesłanie adresu do wysyłki nagrody.
Już dziś zapraszam też do kolejnego konkursu, który rozpocznie się w niedzielę! ;) 

wtorek, 14 października 2014

Nigdy nie trać nadziei



„Życie jest jedno. Życie jest na miarę naszych potrzeb i tylko my wiemy, co jest dla nas najlepsze. Łatwo jest siedzieć i narzekać, że nie takie to nasze życie, że mogłoby być lepsze, wspanialsze, bardziej ekscytujące, zabawniejsze, pełniejsze. Nic nie stoi na przeszkodzie, by wziąć je we własne ręce i zrobić z nim to, co nam się żywnie podoba”.*

Często nie doceniamy tego, co mamy, narzekamy, że jest nam źle, ciągle czegoś brakuje, że mamy same problemy, że nie możemy osiągnąć swoich celów za sprawą przeszkód stawianych przez los. Coś zawsze jest nie tak, jak według nas być powinno. Nie potrafimy albo i nie chcemy zauważyć, że w tej naszej szarej rzeczywistości mamy mnóstwo powodów do radości i warto zacząć się z nich cieszyć oraz brnąć do przodu pomimo przeszkód, bo jeśli tylko bardzo się chce da się pokonać swoje ograniczenia.

Pewnego dnia jedna z polskich autorek - Gabriela Gargaś - stojąc w oknie wpadła na pomysł, by zebrać kilku autorów i napisać zbiór opowiadań, zaczynających się od słów "Każdego dnia...". Pomyślała również, aby dochód z jej sprzedaży przeznaczyć na jakiś szczytny cel. Padło na  Marka Kamińskiego, założyciela fundacji wspierającej dzieci chore i niepełnosprawne. Tak przy współpracy z autorami, którzy zrzekli się swojego wynagrodzenia, takimi jak: Marek Kamiński, Olga Bończyk, Anna Pawłowska-Pojawa, Magdalena Witkiewicz, Marta Fox, Ewa Foley, Jolanta Radomska, Ewelina Skarżyńska, Przemek Kowalik, Magdalena Steczkowska, Tomasz Żółtko, Małgorzata Warda, Katarzyna Michalak, Natalia Karcz, ilustratorką Bogusławą Chmielewską oraz wszystkimi innymi osobami potrzebnymi do wydania książki zabrała się do dzieła. Dzięki temu teraz możemy wziąć do ręki antologię z różnymi, mniej lub bardziej prawdziwymi, a czasem i wymyślonymi opowieściami dotyczącymi tematu życia, naszych trosk, radości, nadziei, walki z kłodami rzucanymi przez los oraz własnymi ograniczeniami.

„(…) życie jest krótkie. Każdy żyje tak, jak chce. Jedni zakładają rodziny, drudzy podróżują. Najważniejsze w tym wszystkim jest to, by odnaleźć swoją drogę, nie zatracić siebie. Nie marnować czasu na rzeczy, na które nie mamy najmniejszej ochoty. Często nie doceniamy rzeczy zwyczajnych”.**

Nie będę oceniać tej książeczki, nie wystawie jej noty, nie przeanalizuje poszczególnych opowiadań. Nie robię tego, bo mi się nie podobały, tylko dlatego, że każde z nich zawiera w sobie coś z życia autorów dzielących się z nami swoimi historiami, życiowymi doświadczeniami, a kim jestem, by umieszczać to w jakiejś skali, stwierdzać, że jeden tekst jest lepszy od drugiego, a czwarty gorszy od ósmego. Tutaj nie ma lepszych i gorszych, wszystkie są równe i wartościowe. Niestety nie napiszę też, co wywnioskowałam z tej lektury, to zbyt osobiste, a ponadto uważam iż każdy czytelnik odbierze publikację inaczej, według tego co ma w sercu i umyśle.  Już dawna nie wylałam tylu łez nad żadną książką, co w tym przypadku, śmiałam się i płakałam czytając. Przeżywałam całą sobą i chociaż wiem, że trzeba walczyć do końca, cieszyć się oraz doceniać drobne radości, to czasem potrzebuję takiego motywującego mentalnego (literackiego?) klepnięcia w ramię. W każdym bądź razie, polecam z całego serca!

„Ciągle gonimy za domniemanym szczęściem. Tak często nam się wydaje, że gdzieś tam, z kimś innym po drugiej stronie będzie lepiej, piękniej. A piękne chwile zdarzają się tu i teraz, przykryte zwykłą codziennością. Wystarczy tylko poświęcić im trochę czasu. Bardzo często szczęście skrada się za twoimi plecami, by popukać cię w ramię”.***

Lubię opowieści życiowe, prawdziwe i te mniej prawdziwe też, ale dające mentalnego kopniaka, zmuszającego do zwolnienia, rozejrzenia się wokół, pozwalające uzmysłowić sobie, że tak na prawdę nie mamy tragicznej sytuacji i nawet czasami jest naprawdę bardzo fajnie i tylko my nie potrafimy, a może nie dajemy sobie szansy tego dostrzec lub zapominamy i po prostu potrzebujemy takiej przypominajki. „Każdego dnia…” jest jedna z takich publikacji. Ją warto i trzeba przeczytać, bo wywoła masę przeróżnych emocji i nie wolno zapomnieć, że dochód z jej sprzedaży jest przeznaczony na szczytny cel. Kupcie, pośmiejcie się, popłaczcie i wywołajcie uśmiech radości na czyjejś twarzy.

„Zatem na co czekacie? Na oklaski? Rozejrzyjcie się, jak pięknie jest wokół. No dalej. Do dzieła. Wystarczy pierwszy mały krok”.****

*Praca zbiorowa, „Każdego dnia…”, s. 6
**Tamże., s. 46
***Tamże., s. 51
****Tamże., s. 61
Autor: Marek Kamiński, Olga Bończyk, Anna Pawłowska-Pojawa, Magdalena Witkiewicz, Marta Fox, Ewa Foley, Jolanta Radomska, Ewelina Skarżyńska, Przemek Kowalik, Magdalena Steczkowska, Tomasz Żółtko, Małgorzata Warda, Natalia Karcz, Katarzyna Michalak,  Gabriela Gargas
Tytuł: Każdego dnia…
Wydawnictwo: Salwator
Rok wydania: 8 października 2014
Liczba stron: 160

*Moim celem było ominięcie opisania zarysu opowiadań i swoich wrażeń, mam nadzieję, że zostanie mi to wybaczone. Niemniej nie traktuje tego tekstu jako recenzjii czy nawet opinii, tylko notatkę z moimi spostrzeżeniami licząc iż zachęcę tym do sięgnięcia po nią. Sama „Każdego dnia…” dostałam od inicjatorki projektu, z prośbą o napisanie kilku słów, ale już planuję ją kupić i sprezentować komuś. ;)

sobota, 11 października 2014

Uginają się regały #26/2014

Dawno (jak na mnie) nie było stosika i stwierdziłam, że tak dłużej być nie może. :D Bez przydługich wstępów i pobocznych tematów (tak, tak - czeka na mnie niesamowita książka ;)) zapraszam do oglądania. ;)


Kolejna książka w dorobku Katarzyny Bereniki -Miszczuk tym razem komedia kosmiczna nosząca tytuł "Działko, szlafrok i księżniczka". Ciekawa jestem autorki w tej odsłonie. Następną pozycją jest "Nomen Omen" Marty Kisiel, której jestem bardzo ciekawa. "Powód by oddychać" Rebecci Donovan miał być hitem, a chwilowo sprawia, że mam mieszane uczucia względem historii i czytanie idzie mi baaaaaardzo opornie, zobaczymy jak będzie dalej. Z kolei "Norweskie noce" Dereka Millera zapowiadają się niezwykle ciekawie i wciągająco, a jeśli początek jest dobry to może być tylko lepiej, no przynajmniej mam taką nadzieję. Gdy tylko zobaczyłam zapowiedź nowej książki Cathy Glass "Zapomniane dziecko" od razu wiedziałam, że będę musiała ją mieć, chociaż pisze o tematach trudnych tematach, ale każdą kolejną czytam. "Bez skrupułów" Lisy Kleypas jest bardziej dla mamy, bo polubiła książki tej autorki, ale i ja chętnie sobie przeczytam. ;)

 
Na drugim zdjęciu jako pierwsza znajduje się "Miłość i medycyna (sądowa)" Alessi Gazzoli - podobno bardzo dobra, mnie przekonuje sam fakt, że wydało ją wydawnictwo Jaguar, które jeszcze ani razu mnie nie zawiodło. Dalej widać tytuł z gatunku New Adlut - "Bądź ze mną" J. Lynn - który oczywiście musiałam mieć. ;) Następnie widać najnowszy tytuł Abbi Glines "Przypadkowe szczęście" - jej "O krok za daleko" mnie porwał i muszę poznać pozostałe publikacje autorki. Kolejna książka, to "Zostań, jeśli kochasz" Gayle Forman, wznowienie "Jeśli zostanę" z okazji premiery  ekranizacji, mam w planach film, to warto pierw zapoznać się z wersją papierową. Już druga w tym roku książka Katarzyny Zyskowskiej-Ignaciak "Wieczna wiosna", którą rzecz jasna musiałam nabyć, bo lubię książki autorki. To samo tyczy się nowej pozycji Anny J. Szepielak (podbiła moje serce "Zamówieniem z Francji) "Wspomnieniami w kolorze sepii" - zachęcający blurb, jak i śliczna okładka tylko zachęcają.Z kolei "Poczytaj mi, mamo księga trzecia" jest u mnie chwilowo, bo po przeczytaniu powędruje do bratanicy. ;) 


Te czarne, trochę prześwietlone coś, to nic innego jak "Mara Dyer: Tajemnica" Michelle Hodkin, zakupu dokonałam po przeczytaniu recenzji u Lustro Rzeczywistości (tak, to twoja wina :P) i nie mogłam oprzeć się tak pozytywnej opinii. O zbiorze opowiadań "Każdego dnia..." wspominałam już na początku miesiąca. Zanim zasiadłam do pisania posta przeczytałam ostatnie opowiadanie i jestem pod wielkim wrażeniem tomiku, a ile łez wylalam w trakcie czytania... Na "Nie dajesz mi spać" Alice Clayton skusiłam się pod wpływem chwili, ale zapowiada się ciekawie i... tak jakoś wyszło. ;) Drugi tom "Smacznego życia Charlotte Lavigne" Nathalie Roy się nie spodziewałam, ale cieszę się iż mam drugi tom - może w końcu chwycę za pierwszy. Dawno temu czytałam jedną z książek Moniki A. Oleksy i bardzo mi się ona podobała dlatego też z przyjemnością zabiorę się za jej najnowsze dzieło - "Samotność ma twoje imię". Ostatnią książką jest "Prawdziwa historia Ireny Sendlerowej" Anny Mieszkowskiej, nawet dobrze jej nie przejrzałam, bo A. mi ją zabrała ze słowami "ja pierwsza". ;) No cóż, muszę poczekać na swoją kolej...

Czytaliście coś? Polecacie? Odradzacie?

środa, 8 października 2014

Galop ‘44



„Na Starówce nieprzyjaciel atakuje tak zaciekle z powietrza, artylerią i ogniem naziemnym, że polskie placówki w żaden sposób nie mogą się utrzymać. Duża część ruin przeszła w ręce wroga. Nie ma tu nawet jednego nienaruszonego domu. Pozostały jedynie gruzy i ruiny, z których gdzieniegdzie wyrastają fragmenty ścian jeszcze wystających ponad ziemię. Zniknęły ulice. Starówka to niewielki obszar z wąskimi krętymi uliczkami”.*

Dokładnie 1 sierpnia 1944 roku zaczęło się powstanie warszawskie. W ciągu dwóch miesięcy w skutek walk 16 tys. osób zostało  zabitych lub zaginionych, 20 tys. rannych oraz 15 tys. wziętych do niewoli. Od 150 tys. do 200 tys. cywilnych mieszkańców stolicy zginęło w wyniku nalotów nieprzyjaciela, duża część Warszawy, w tym wiele zabytków, zostało doszczętnie zniszczonych. Od tego zrywu minęło siedemdziesiąt lat, a my cały czas o tym pamiętamy i będziemy pamiętać. Co jednak byśmy zrobili gdybyśmy w jakiś sposób trafili w sam środek walk?

Wojtek i Mikołaj są braćmi. Młodszy Mikołaj jest szalony, pełen energii i ciekawy tego, co go otacza, pragnie też by ten drugi poświęcał mu trochę uwagi. Niestety, starszy o cztery lata Wojtek jest bardziej spokojny, woli poczytać, posłuchać muzyki lub pograć w grę niż spędzać czas z Mateuszem, który go denerwuje swoim sposobem bycia. Pewnego dnia zabiera go na obchody uroczystości państwowych z okazji rocznicy powstania warszawskiego. Żadne z nich nie wie jeszcze, że czeka ich podróż w czasie, i to nie do byle jakiego miejsca i daty, ale w sam wir obchodzonych właśnie wydarzeń. Początkowo do sierpnia 1944 trafia sam Mikołaj, ale niedługo w ślad za nim podąża Wojtek – chce wyciągnąć z stamtąd brata i zapomnieć o tym czego doświadczył. Jak chłopcy zareagują na zderzenie teoretycznej wiedzy z rzeczywistymi scenami?

Czytałam różne powieści o podróży w czasie, ale kiedy zobaczyłam zapowiedź „Galopu ’44” byłam jednocześnie bardzo zaintrygowana i niepewna tego czy dobrym pomysłem jest łączenie przenoszenia się w różne okresy z tematem II wojny światowej, tematem dla wielu bardzo ważnym i trudnym. Moja wrodzona ciekawość nie pozwoliła mi odpuścić sobie tego tytułu i muszę przyznać, że wszelkie obawy jakie w związku z nim miałam rozwiały się zaraz po przeczytaniu kilku stron.

Monika Kowaleczko-Szumowska jest tłumaczką materiałów dla Muzeum Powstania Warszawskiego, dlatego nawet przez chwilę nie wątpiłam w to, że wydarzenia przedstawione w książce będą jak najbardziej realne i okazało się, że miałam rację. Jak sama autorka wspomina w podziękowaniach większość przygód bohaterów, nawet te najbardziej nieprawdopodobne, są autentycznymi wydarzeniami wyszukanymi w Archiwum Historii Mówionej Muzeum Powstania Warszawskiego. Ponadto w trakcie pisania korzystała z przeróżnych materiałów (książki, strony internetowe, wywiady archiwalne, mapy, rozmowy z powstańcami), wdać, że napracowała się nad tym by „Galop ’44” był jak najbardziej autentyczny.

Akcja toczy się szybko i na brak wrażeń z pewnością narzekać nie można. Opisywane sceny są uporządkowane i połączone w logiczną całość. Plusem powieści jest, że niektóre wypowiedzi, to cytowane słowa Powstańców, dobrym posunięciem były też dopiski wyjaśniające niektóre rzeczy. Monika Kowaleczko-Szumowska w sposób przystępny przedstawiła kawałek naszej historii. Opisuje radość z drobnych gestów, brak czasu na żałobę, walki i śmierć, ale także rodzące się przyjaźnie i miłość. Książka ma słodko gorzkie zakończenie, bo z jednej strony widać, że lekcja, którą odebrali chłopcy okazała się skuteczna, a z drugiej przyniosła gorycz rozstania, bez tej pewności, że ci na którym im zależało dożyli późnej starości.

Podobały mi się kreacje bohaterów, zarówno tych z powstańczej warszawy, jak i chłopców. Ci piersi są realni i czuć ducha walki w nich tkwiącego, tą determinację i niepewność tego, co czeka ich jutro, a nawet za pięć minut. Co się tyczy braci, to różnili się od siebie pod każdym możliwym względem, a jedynym wspólnym zainteresowaniem była muzyka. Z biegiem czasu oraz tym co przeżywają coś się w nich zmienia, wychodzą ze swoich skorup, w końcu potrafią się dogadywać, rozumieć, ufać sobie i troszczyć o siebie. Zaczynają rozumieć czym naprawdę jest przyjaźń i miłość.

Należę do osób, które są bardzo uczuciowe i mocno przeżywam niektóre powieści, nie inaczej było z tą. Pochłonęła mnie bez reszty i nie pozwoliła o sobie zapomnieć dopóki nie przeczytałam ostatniego zdania, a i nawet po zakończeniu i odłożeniu na bok tkwi we mnie i przypomina niektóre wydarzenia. Szczerze przyznaję, bywały momenty gdy nie potrafiłam powstrzymać łez i jęku protestu przeciwko temu co się działo. Tyle krwi i niewinnych ludzi chcących tylko obronić swoją wolność zginęło… Tego nie da się i nie powinno zapomnieć. Z zapartym tchem śledziłam bieg wydarzeń i chociaż znałam zakończenie, to gdzieś w środku tlił się mały płomyk nadziei, że może jednak będzie inaczej, ale jednak nie. I pomimo wszystko cieszę się, że Monika Kowaleczko-Szumowska poszła tym torem, bo pokazała jakimi wartościami jest odwaga, hart ducha, miłość, przyjaźń oraz zaufanie. Ponadto mieszając podróże w czasie z realnymi wydarzeniami starała się przedstawiać Powstanie jak najbardziej realnie i bez dwóch zdań udało jej się to rewelacyjnie. Jestem jednocześnie skołowana i zachwycona tym tytułem, ale nie żałuje ani jednej chwili spędzonej z „Galopem ’44” i będę go polecać komu tylko się da.

Wiele razy, podczas czytania, oglądania czy też słuchania, na temat II wojny światowej nachodzą mnie myśli czy my dalibyśmy rade tak połączyć siły i walczyć. Czy znaleźlibyśmy odwagę co rusz patrzeć śmierci w oczy i bronić kraju za wszelką cenę? „Galop’44” pokazuje, że jest to możliwe, bo jeśli kogoś się kocha, lubi i szanuje nie zostawi się go samego. Książka ta też ukazuje jak ważne jest, by pamiętać o tych co zginęli, bo dzięki nim cieszymy się wolnością i tym co mamy. Tytuł, który warto przeczytać.

TEKST STANOWI OFICJALNĄ RECENZJĘ DLA PORTALU Secretum
 

* Monika Kowaleczko-Szumowska , „Galop’44”, s. 248
Autor: Monika Kowaleczko-Szumowska
Tytuł: Galop ’44
Wydawnictwo: Egmont
Rok wydania: 30 lipca 2014
Liczba stron: 356