[Patronat] Przeszłość powraca – zawsze…

„Strach otulił mnie niczym koc, a ja się mu poddałam, bo zanadto już byłam zmęczona walką”.[1]


Przed przeszłością nie da się uciec, prędzej czy później powraca i zmusza do zmierzenia się z nią. Ze swoim strachem, czynami, demonami, z tym przed czym tak usilnie próbuje się zapomnieć. Nie ważne jak trudne to może być i czy jest się na to gotowym, przeszłość przypomina się kiedy chce i nie zwraca uwagi czy to dobry moment.

Lisa ma sekret, pewną wstydliwą tajemnicę, której nie chce nikomu ujawniać. Wstydzi się jej, tego co robiła i dlaczego godziła się na wszystko o co była proszona. Dziewczyna zmaga się też z traumatycznymi wspomnieniami, brakiem samoakceptacji oraz, co gorsza, anonimowymi pogróżkami – coraz częstszymi i bardziej przerażającymi. Jakby tego było mało na uczelni pojawia się na uczelni profesor Blake, który od początku żywi do niej niechęć a nawet nienawiść. Jaki jest tego powód? Jaką wstydliwą tajemnicę skrywa młoda kobieta? I kto usilnie wysyła anonimy Lisie?

Seria Zatraceni od początku przypadła mi do gustu, Utrata mną wstrząsnęła, Toxic  również było dobrą książką, chociaż odebrałam ją mniej pozytywnie. Nie zmieniało to jednak faktu iż niecierpliwie wyczekiwałam historii Lisy, intrygującej mnie od samego początku. Co takiego przeżyła, co ukrywa i z czym się zmaga? Czy było warto tyle czekać na Wstyd i poświęcić czas na czytanie ostatniego tomu?

„Tak już jest z przeszłością. Nigdy nie pozostaje tam, gdzie według nas jest jej miejsce. Zawsze przychodzi pora, że odsłania się w całej swojej krwawej i wstydliwej okazałości, i nie pozostaje już nic, absolutnie nic, jak tylko na to patrzeć”.[2]

Rachel Van Dyken pisze lekko, ale przy tym historii nie brak głębi, trafnych spostrzeżeń, przemyśleń oraz fragmentów, z których można wyczytać wiele mądrości, dobrych rad oraz nadziei. Autorka ponownie udowadnia, że potrafi pisać, stworzyła fabułę przemyślaną i dopracowaną, do której nie mogę się przyczepić gdyż nie mam do czego. Jest pełna emocji, sprzecznych, wzbudzających mętlik i niepewność, bo doprawdy trudno jednoznaczni stwierdzić czy w danej chwili przeważa wściekłoś, strach a może nadzieja. Van Dyken manipuluje, nie tylko bohaterami, ale i czytelnikiem, który nieświadomie poddaje się opowieści o losach zagubionej kobiety i wraz z nią przeżywa wszystko co przynosi jej los. I przyznać muszę iż na brak wrażeń oraz zaskakujących momentów narzekać nie mogłam – działo się dużo, szybko, intrygująco. Ponadto Rachel porusza tematy trudne, ale bez problemu sobie z nimi radzi i dostarcza potrzebne oraz istotne dla zrozumienia wątku informacje.

Muszę przyznać, że pośród wszystkich bohaterów całej trylogii to pan Blake okazał się zagadką (nie tyle pod względem zamiarów, bo te szybko można odkryć a zachowania), jego charakter, postępowanie, motywy jakimi się kierował. Pełen sprzeczności, niedomówień, nie wyobrażałam sobie, że jakaś postać może doprowadzać mnie do takiego stanu jak udało się profesorkowi. Początkowo szczerze go nie cierpiałam i przyłożenie mu czymś ciężkim było jedną z delikatniejszych myśli skierowanych ku niemu. Naprawdę. Jednak później… zyskał w moich oczach, pokazał, że nie jest draniem za jakiego go miałam, no nie do końca, bo tego co zrobił nie da się cofnąć. Co do Lisy, podziwiam ją, że się nie załamała, że dawała radę. Trudno mówić w jej przypadku o normalnym funkcjonowaniu, ale pomimo mroku, traumatycznych przeżyć jakoś trwała z dnia na dzień i się nie poddała. Podobała mi się kreacja tej dwójki, to, że nie zabrakło Westona, Kiersten, Gabe’a i Saylor, którzy są najlepszymi przyjaciółmi jakich można mieć.

Nie zawiodłam się na Wstydzie, nie pobił wprawdzie Utraty, ale było dużo lepiej niż w Toxic z czego ogromnie się cieszę. Z miejsca wciągnęłam się w akcję i z zapartym tchem ją śledziłam. Zżyłam się z bohaterami, wraz z nimi przeżywałam wszelkie wzloty i upadki, bałam się, śmiałam, cierpiałam kiedy oni (ach ta moja uczuciowość). Cieszę się iż nie zabrakło postaci dwóch poprzednich tomów, ich opiekuńczości, dobrych rad oraz poczucia humoru. Nie mogłam oderwać się od czytania, po prostu musiałam jak najszybciej poznać zakończenie tej trudnej i jakże bolesnej historii i nie przerwałam dopóki wzrok nie zatrzymał się na ostatnim słowie. Domyślałam się zakończenia, ale wcale nie umniejszyło to napięcia towarzyszącemu mi przy poznawaniu ostatnich stron.

Oczywiście polecam – fanom serii, pióra autorki, gatunku New Adlut oraz powieści nasączoną całą gamą uczuć. Rachel Van Dyken świetnie operuje językiem, gra na emocjach, zdobywa uwagę i utrzymuje ją do samego końca. Wstyd jest historią której nie da się nie przeżywać, zapada w pamięć nie tylko przez zawarty w książce ładunek emocjonalny, ale fakt, że niesie ze sobą przesłanie oraz nadzieję. Trzeba pamiętać, że nie wiem jakby trudno było trzeba się wyprostować i brnąć do przodu, krok po kroku.

„Uzdrowienie to coś więcej niż tylko wyjście z raka czy znalezienie kogoś, kto jest z tobą dla ciebie samego. To też coś więcej niż przezwyciężenie przeszłości i otwarcie się na przyszłość. Uzdrowienie oznacza poranne wstawanie, gdy wolałoby się zostać w łóżku, oznacza uśmiech zamiast płaczu i to, że nosisz głowę wysoko, choć demony próbują przygiąć ci ją do ziemi. Życie jest tego pełne, pełne sytuacji, gdy bierzemy nogi za pas, podczas gdy powinniśmy stanąć i stawić czoło burzy”.[3]

[1]Rachel Van Dyken, Wstyd, s. 151
[2]Tamże, s. 227
[3]Tamże, s. 359
Autor: Rachel Van Dyken
Tytuł: Wstyd
Wydawnictwo:  Feeria Young
Data wydania: 2015-09-10
Kategoria: New Adlut
ISBN: 9788372295064
Liczba stron: 360

Zatraceni:
Utrata | Toxic | Fearless | Wstyd


Wyniki: Jak w waszej wyobraźni wygląda wyspa Lumia?

Z racji tego, że moja wena zrobiła sobie wakacje i pisanie zupełnie mi nie wychodzi postanowiłam rozwiązać jeden z konkursów, co jak się okazuje nie jest takie łatwe. Po raz już nie wiem który zaskoczyliście mnie swoją kreatywnością. Po głębokim i okropnie trudnym namyśle wybrałam dwie osoby, które uszczęśliwię (mam nadzieję) egzemplarzami Wyspy.

Przejdźmy jednak do konkretów... ;)
Przypominam, że...
4. Zwycięzca jest zobowiązany wysłać maila z danymi adresowymi na adres konkursyb@o2.pl w ciągu trzech dni od momentu ogłoszenia wyników. Po tym terminie nastąpi wybór nowego zwycięzcy.
11. Prawo do składania reklamacji w zakresie niezgodności przeprowadzenia konkursu z Regulaminem, służy każdemu uczestnikowi w ciągu trzech dni od daty wyłonienia jego laureatów. Należy je zgłaszać w formie e-maila na adres: konkursyb@o2.pl.
2 egzemplarze Wyspy Joanny Miszczuk wędrują do:
Book Worm
Gab riela
 
Zwycięzcą gratuluję i proszę o podesłanie adresów do wysyłki nagrody na wyżej wspomniany adres e-mail. ;) 

Nowości/zapowiedzi: Dreams: „DRŻENIE” - JUS ACCARDO



Fani serii Denazen mogą zacząć skakać z radości! Już na 7 września Dreams zaplanowało premierę 3 części - Drżenie. 

Kto tupał niecierpliwie nóżkami tak mocno jak ja?

Tłumaczenie z j. angielskiego: Krzysztof Mazurek
Tytuł oryginału: Tremble
ISBN: 978-83-63579-65-4
Wydanie pierwsze - Seria Denazen
Oprawa miękka: 360 stron

Deznee Cross ma problemy. Niedługo osiemnastka, a ona stoi na skraju szaleństwa. To wszystko wina leków, którymi naszpikował ją Denazen – zbrodnicza organizacja dowodzona przez jej ojca – żeby wzmocnić jej naturalne umiejętności. Bliscy odwrócili się od niej i garstki pozostałych buntowników. Teraz walczą po złej stronie barykady. No, i jeszcze Kale... Gorzej już być nie może.
A jednak jest. Denazen ma rozpocząć nowe badania, tym razem pod kryptonimem „Dominacja”. To oznacza, że trzeba się pozbyć dotychczasowych uczestników eksperymentu. Wydano rozkaz eliminacji wszystkich, którzy zostali jeszcze przy życiu – łącznie z Dez.
Dobra wiadomość jest taka, że istnieje jeszcze ktoś z serii pierwszych, próbnych doświadczeń: kobieta, której krew może być lekiem dla drugiej generacji.
Tylko, że o jej istnieniu wiedzą nie tylko Szóstki z podziemia…
Cross jest gotów zrobić wszystko, aby Dez nie dostała antidotum.
Jest w stanie całkowicie złamać jej ducha.

Kim on jest?

„Aut via inveniam aut faciam. (Albo znajdę drogę, albo ją sobie utoruję.)”. [1]


Mówi się, że nie można przewidzieć tego co nas spotka za chwilę, jutro, za tydzień czy za rok. I coś w tym jest, możemy planować, zarzekać się iż do czegoś nie dojdzie, bo to przecież nie do pomyślenia lub nie w naszym stylu, ale gdy już się zacznie i bezwiednie się angażujemy trudno powiedzieć sobie stop, szczególnie jeśli chodzi o poryw serca.

Ashlyn Drake, studentka psychologii, całkowicie poświęca się swoim studiom oraz doktoratowi na temat amnezji, który właśnie pisze. Spokojna, cicha, niema prywatnego życia ani żadnego partnera. Poukładane i monotonne życie trzęsie się jednak w posadach gdy dostaje propozycje przepadania mężczyznę z amnezją, oskarżonego o morderstwo. Już przy pierwszym spotkaniu coś się z nimi dzieje i Ash jest zafascynowana swoim obiektem badawczym. Kim jest NN? Mordercą czy niewinnym człowiekiem? Czemu utracił pamięć? Do czego doprowadzi ich wzajemny pociąg fizyczny?

Intrygujący blurb Jesteś zagadką wystarczył mi na tyle bym chciała sięgnąć po książkę zapowiadającą się na niezwykle ciekawą. Morderstwo, mężczyzna z amnezją i nutka romansu. Według mnie miało być intrygująco, trochę z dreszczykiem i erotycznie. Jaka okazała się rzeczywistość?

Przyznaję, że Kendall Ryan mnie zaskoczyła, bo tego co zaserwowała w swojej powieści się nie spodziewałam. Poczuć coś od razu do mężczyzny z amnezją oskarżonego o brutalne morderstwo? Dość mocne i kontrowersyjne wprowadzenie. Nie żebym miała coś przeciwko zakochaniu się w kimś cierpiącym na tę okropną chorobę, ale już samo słowo morderstwo powinno działać jak instynkt obronny (który u Ash chyba w tym momencie sobie spał smacznie), przynajmniej dopóki coś się nie wyjaśni. Trudno jedno znacznie stwierdzić mi czy te zaskoczenie było pozytywne czy wręcz przeciwnie, bo w trakcie czytania ten fakt cały czas mnie uwierał, ogromnie też żałowałam iż tak po macoszemu został potraktowany wątek sensacyjny i sam temat morderstwa zepchnięty na bok przez opis relacji łączącej Ash z NN, ich pogawędkach i scenach intymnych dalekich od erotycznych. Nie nudziłam się w trakcie poznawanej historii, ale za specjalnie nie zapadła mi w pamięć. Ot zwykły romans z kilkoma zawirowaniami, który pochłania się szybko i przyjemnie wbrew pozorom, bo stylistycznie i językowo niczego mu nie brak.

Za to prawie, że nie mogę przyczepić się do kreacji bohaterów. Miłą odmianą była postać Logana (tajemniczego NN), który nie zgrywał pewnego siebie, umięśnionego typowego faceta a był zagubionym, poszukującym prawdy o sobie, zaradnym i jednocześnie romantycznym kolesiem. Nie bał się ciężkiej i brudnej roboty. Z kolei Ash okazała się tą inteligentną, silniejszą (no z pewnymi wyjątkami) i bardziej wytrwałą. Tylko co do niej mam jednak mieszane uczucia, bo jej fascynacja nie była dla mnie zbyt rzeczywista.

Przyznać muszę, że spodziewałam się czegoś innego i czuję lekki niedosyt a nawet rozczarowanie, bo autorka nie wykorzystała całego potencjału wymyślonej przez siebie historii. Książkę czyta się szybko, lekko i przyjemnie, ale nie wywołała we mnie żadnych głębszych emocji, nie zżyłam się z postaciami, ale z ciekawością śledziłam ich poczynania. Ryan mogła dopracować część sensacyjną i erotyczną, ale jako romans ta pozycja sprawdza się dobrze i chętnie sięgnę po drugi tom. Tylko, że już z zupełnie innymi oczekiwaniami.

Jesteś zagadką jest lekkim romansem z dość ciekawą zagadką, który sprawdzi się zarówno letnie długie popołudnie, pobyt na plaży czy zimowy wieczór. Pozwala odpocząć od codzienności i nie zmusza do intensywnego myślenia. Polecam fanom gatunku.

[1]Kendall Ryan, Jesteś zagadką
Autor: Kendall Ryan
Tytuł: Jesteś zagadką
Wydawnictwo: Pascal
Data wydania: 2015-07-29
Kategoria: romans
ISBN: 9781479245710
Liczba stron: 256

Unravel Me:
Jesteś zagadką | Make Me Yours


Zło żyje!

„Żyjemy w baśni, którą napisał ktoś inny”. *

Zastanawialiście się kiedyś co po zakończeniu przeróżnych baśni i bajek działo się z czarnymi charakterami? Jak skończyła Cruella de Mon, Zła Królowa, albo przebiegły złodziej Dżafar i wszyscy inni? Tak? To macie teraz niepowtarzalną szansę poznania dalszych losów tych niegodziwych…

Dwadzieścia lat temu król Bestia uwięził wszystkich złoczyńców (martwi zostali ożywieni) na Wyspie potępionych i otoczył ją szczelną powłoką, która uniemożliwiała czary. Obecnie wyspę zamieszkują nie tylko znane wszystkim postacie, ale i ich dzieci. Mal (córka Diaboliny), Jay (syn Dzafara), Evie (córka Złej Królowej) i Carlosa (syna Cruelli). Pozornie nic ich nie łączy, potrafią sobie dokuczać, okradać, wyśmiewać z niektórych a nawet nienawidzić. Przez splot nieoczekiwanych wydarzeń ruszają na poszukiwanie Smoczego Berła Diaboliny. Jaki będzie finał tej wyprawy?

Szczerze mówiąc to już dawno nie czekałam tak bardzo na żadną książkę jak na Wyspę potępionych. Uwielbiam baśnie, bajki, legendy i ich adaptacje, ostatnimi czasy coraz bardziej te ostatnie, bo co chwilę powstaje coś nowego na podstawie znanych od lat produkcji oraz książek. Zazwyczaj nie czuję rozczarowania swoimi wyborami w tym zakresie a jak było tym razem?

To nie jest pierwsza książka Melissy de la Cruz, ale moje pierwsze zetknięcie z jej piórem i muszę przyznać, że było ono bardzo udane. Wyspa potępionych jest swego rodzaju wstępem do filmu Następcy, który swoją telewizyjną premierę będzie miał już 18 września na kanale Disney Chanel, ale na całe szczęście powstaną również inne książki inspirowane filmem. Mam tylko nadzieję, że ich autorką będzie de la Cruz. Zapytacie czemu akurat tak? Ponieważ ten tytuł w jej wykonaniu okazał się strzałem w dziesiątkę.

Autorka od pierwszych stron udowadnia, że włożyła w powieść całe swoje serce, treść jest napisana w typowo baśniowym stylu, z różnymi zabawnymi i często ironicznymi komentarzami. Ponadto cała powieść aż kipi od czarnego humoru i doprawdy trudno się tutaj nie śmiać, chociażby z tego jak został przedstawiony obecny stan wyglądu czy zachowania tych złych, ich dzieci czy też warunków życiowych na tytułowej wyspie. Nie ma nic pięknego (no chyba, że księżniczki) i dobrego, bo to wzbudza dreszcz wstrętu, nie inaczej jest z okazywaniem uczuć, udzielaniem bezinteresownej pomocy. Zachwyciły mnie lekcje, na które uczęszczali następcy. Nauki nikczemności, samouwielbienia, historia złoczyńców i inne niesamowicie mnie ciekawiły (powinnam się chyba tego obawiać). Świetnym pomysłem było również ukazanie dobrych w złym świetle. Książka jest niesamowita, przemyślana, dopracowana i intrygująca. Fabuła trzyma poziom od początku do samego końca i doprawdy nuda tutaj nikomu nie grozi.

Podobały mi się kreacje bohaterów, no może z dwoma wyjątkami, jak przystało na dzieci złoczyńców byli oni źli, bo to mają w genach. I tak poznajemy złodziejaszka Jaya, niesamowicie złą Mal, piękną Evie i bojącego się a raczej nie lubiącego psów Carlosa. Sieją zamęt, rozrabiają, kradną i wszystko co dobre jest im obce. Co dziwne najbardziej polubiłam Mal i Jaya, byli niesamowici i nie mogłam nie darzyć ich sympatią. Pasowali mi idealnie do powieści i nie wyobrażam jej sobie bez tej dwójki. Ogólnie mówiąc postacie są dopracowane i pełnowymiarowe, z szeregiem różnorodnych cech.

Brakuje mi takich powieści fantastycznych na naszym rynku wydawniczym, już dawno nie bawiłam się tak dobrze przy czytaniu jak w przypadku tego tytułu. Niby nie jest to nic nadzwyczajnego, ale sposób wykonania, czarny humor, groteska, fakt iż całość ma związek z baśniami przemawia na plus i ta zwyczajność ginie w całości utworu. Nie sposób nie zżyć się z bohaterami,  wraz z nimi przeżywałam kolejne wydarzenia i co chwile się zaśmiewałam. Książka jest zabawna, ale posiada również morał, co bardzo mi się w niej podoba.

Melissa de la Cruz podołała zadaniu napisania tej konkretnej książki i stworzyła powieść, która pochłania, absorbuje i bawi. Wyspa potępionych, to utwór pomysłowy, dla wielbicieli adaptacji baśni i powieści fantastycznych wyróżniających się pośród innych. Gorąco polecam!

*Melissa de la Cruz, Wyspa potępionych
Autor: Melissa de la Cruz
Tytuł: Wyspa potępionych
Wydawnictwo: Egmont
Data wydania: 2015-08-26
Kategoria: fantastyka
ISBN: 9788328108172
Liczba stron: 320


Odnajdziemy skarb!

Filmy familijne mają to do siebie, że prawie zawsze się sprawdzają. Mało kiedy trafiam na te mniej udane i zazwyczaj otrzymuję dobrą produkcję dostarczającą świetną zabawę i chwilę oddechu od codzienności. K-9: Łowcy skarbów w reżyserii Stephen Shimek zaciekawił mnie opisem obiecującym film pełen przygód oraz pojawiających się co rusz zagadek. Czy było tak w rzeczywistości?
cineman.pl

Pewnego dnia Kassie (Ariana Bagley) słyszy od Pastora Bailey’a (Adam Johnson) pewną legendę i na chwilę otrzymuje stary, nie działający zegarek. Okazuje się, że jest to chronometr zawierający w sobie wskazówkę do odnalezienia legendarnego skarbu. Wraz ze swoimi przyjaciółmi postanawia ją rozgryźć i przekonać się czy skarb istnieje. Niestety o złocie wiedzą też inni, dwójka złoczyńców - Clint (Bob Clendenin) oraz Brandy (Renny Grames) również chcą odnaleźć to, co ukryte i nie cofną się przed niczym, by to oni byli pierwsi. Jak skończy się ta przygoda?
cineman.pl

Muszę przyznać, że wybór tego filmu był idealną decyzją. Dużo przygód, zagadek, odrobinę niebezpieczeństwa, szczypta humoru – tego właśnie w nim nie brakuje i całość jest bardzo dobrze połączona. Nie zauważyłam w nim sztuczności, nielogiczności czy też urwanych wątków. Zarówno reżyser, jak i scenarzysta (Daryn Tufts) postarali się by K-9: Łowcy skarbów nie nudził. Jest akcja, napięcie, wydarzenia toczą się szybko, ale bez problemu można się we wszystkim połapać i wraz bohaterami odkrywać kolejne wskazówki prowadzące do ukrytego skarbu. Produkcja od samego początku absorbuje i przez 90 minut nie ma się ochoty myśleć o czymkolwiek innym jeśli nie dotyczy to tego, co widzimy na małym ekranie. Plusem jest fakt, że rzeczywiście przy niektórych łamigłówkach trzeba się trochę nagłowić oraz bardzo znacząca rola czworonoga. Kocham psy i filmy z ich udziałem są dla mnie obowiązkowe, tym bardziej tak dobrze nakręcone.
 
cineman.pl
Zadowolona jestem z obsady, Ariana Bagley jako Kassie zagrała naprawdę dobrze, widać, że ma talent aktorski i rękę do zwierząt, bo inaczej nie byłoby tego przywiązania między nią a psem, co jest istotne przy takich filmach. Równie dobrze swoje role odtworzyli przyjaciele dziewczyny z którymi tworzy zgraną paczkę wiedząc też, że zawsze może na nich liczyć. K9 to film, w którym od razu wiadomo kto jest dobry a kto zły i Bob Clendenin (Clint) wraz z Renny Grames (Brandy) idealnie odegrali te złe - i cóż – mocno nieogarnięte charaktery. Zachłanni na kasę, ale niezbyt inteligentni. Znakomicie wcielili się w role dbając o ruchy ciała, mimikę twarzy i wymowa. Ogólnie uważam, że wszyscy, nawet ci mniej kluczowi spisali się na medal i nie zepsuli swoich ról.
cineman.pl

K-9: Łowcy skarbów obejrzałam z prawdziwą przyjemnością i świetnie się przy tym bawiłam. Polubiłam tych, których dało się polubić, nie darzyłam sympatią czarnych postaci, i z ciekawością oraz zainteresowaniem obserwowałam kolejne sceny. Sama nie wiem kiedy dałam się pochłonąć biegowi wydarzeń i wraz z dzieciakami zaczęłam rozwiązywać zagadki. Pośmiałam się, powzruszałam (bez płaczu), rozruszałam szare komórki – mówiąc krótko, spędziłam kilkadziesiąt sympatycznych minut bez nudy i ziewania.
cineman.pl

To film, który można obejrzeć w rodzinnym gronie, wraz z przyjaciółką a nawet samemu. Obojętnie przy jakiej okazji sprawdzi się znakomicie jako intrygująca produkcja zapewniająca dobrą rozrywkę. Lekka, zabawna, przemyślana i dopracowana przygodówka przy której nuda nie grozi.
  


Tytuł: K-9: Łowcy skarbów
Tytuł oryginalny: K9 Adventure
Reżyser: Stephen Shimek
Dystrybutor: Monolith
Data premiery: 2015-07-20


Katastroficznie nie katastroficzna

Jestem jedną z tych osób, która lubi wracać do już raz przeczytanych książek. Bo lubię powroty, do dobrze znanych postaci i sytuacji, do emocji i wrażeń. O „Pięknej katastrofie” już wam pisałam, ale parę dni temu Albatros wydał wznowienie pierwszego tomu oraz drugi na który tyle czekałam, przez wzgląd na moją manie by poszczególne tomy serii do siebie pasowały nabyłam oba tomy. I w ramach przypomnienia przeczytałam po raz drugi pierwszą część. Moja opinia się nie zmieniła więc tylko podbijam opublikowany już tekst. ;)

„ -Trudno mi uwierzyć, że dostajesz cios tylko wtedy, kiedy na to pozwalasz.
-Chcesz się założyć, Abby Abenathy?- Oczy mu rozbłysły.
Uśmiechnęłam się.
-Dobrze. Idę o zakład, że Hoffman cię uderzy.
-A jeśli nie? Co wygram? (…)
Travis wyszczerzył zęby w uśmiechu.
-Jeśli ty wygrasz, przez miesiąc nie będę uprawił seksu. (…)
-Ale jeśli ja wygram, będziesz musiała przez miesiąc ze mną mieszkać''.*

Nie zawsze układa się tak jak było w planach. Nawet jeśli chcesz uciec od przeszłości, od pewnych rzeczy, zacząć żyć w określony sposób los stawia na twojej drodze kogoś lub coś, co nie pozwala ci zrealizować planów. Przeciwstawienie się przeznaczeniu, to jak walka z wiatrakami, ale ty dopiero się o tym przekonasz.

Osiemnastoletnia Abby Abernathy wraz ze swoją przyjaciółką, Americą udaje się na studia jak najdalej od domu. Chce odciąć się od przeszłości zacząć nowy rozdział w swoim życiu, a to oznacza ubiór grzecznej dziewczynki oraz zero wytatuowanych, narwanych, piekielnie przystojnych i zazdrosnych facetów. Dlatego gdy zwraca na nią uwagę Travis Maddox, zaliczający wszystkie panienki jak leci, biorący udział w walkach i nie uznający żadnych zakazów, robi wszystko by go zniechęcić. Nie wie jednak, że właśnie takim zachowaniem prowokuje chłopaka do tego by próbował przebić się przez mur przez nią zbudowany. W wyniku pewnego zakładu Abby musi zamieszkać z Maddox’em na miesiąc. Co z tego wyniknie?

O „Pięknej katastrofie” czytałam już na długo przed premierą i nawet miałam ją w planach czytelniczych, jednak bez takiego „muszę ją mieć natychmiast”. Dopiero opinie zaprzyjaźnionych bloggerek sprawiły, że po prostu musiałam dostać ją w swoje ręce. Już dawno nie ciągnęło mnie do żadnego tytułu, jak do tego. Czy było warto poświęcić na niego kilkanaście godzin z życia?

„Jedyne, czego naprawdę się boję, to życie bez ciebie, Gołąbku”.*

Przyznać muszę, że mam ciężki orzech do z gryzienia przy pisaniu opinii, bo mam pewne zarzuty, względem tej książki, ale jednocześnie jestem nią absolutnie i nieodwołalnie zauroczona. Może zacznę od mankamentów, strasznie, ale to strasznie uwielbiam w książkach tego typu, kiedy bohaterowie poznają się powoli, podrywają, oswajają i w ogóle wszystko co towarzyszy początkom znajomości. Bardzo mi tego tutaj brakowało, Abby i Travisowi wystarczyło zaledwie kilka(!) stron aby stali się przyjaciółmi, którzy nie mogą bez siebie żyć. Brakowało opisów, fakt, że nie lubię kiedy są rozwlekłe, ale jeśli byłyby takie jak w dalszej części, to byłoby o wiele lepiej. Co mnie jeszcze drażniło, to niektórzy bohaterowie, ale o nich więcej napiszę za chwilę.

Jamie McGuier ma niesamowity styl pisania, lekki i przykuwający uwagę. Autorka miała pomysł na fabułę i go w pełni wykorzystała. To jak zarysowała przeszłość Abby i jej wpływ na teraźniejszość, nie miała jakiejś szczególnie traumatycznej przeszłości, ale życie dało jej w kość i nie dziwiłam się jej potrzeby ucieczki i reakcji na niektóre wydarzenia. Co nieprawdopodobne naprawdę spodobał mi się również motyw walk Travisa, cóż za adrenalina. Wszystko się ze sobą splatało tworząc spójną oraz logiczną całość pełną wzlotów i upadków oraz walki o własne szczęście. Akcja w tej powieści toczy się szybko i jest pełna zakrętów, chociaż łatwo przewidzieć jej zakończenie, to nigdy nie wiadomo jak będą w danym momencie zachowywać się główni bohaterowie, czy akurat będą się kochać czy drzeć ze sobą koty.

Jeśli chodzi o postacie to sama do końca nie wiem od czego zacząć. O ile rozumiem chęć ucieczki Abby od przeszłości, o tyle trudno mi zrozumieć jej niektóre, irracjonalne, sprzeczne oraz naiwne zachowania. Dziewczyna jest naprawdę mądra i rozsądna, ale w niektórych momentach aż chciało mi się zgrzytać zębami i nie wiedziałam już, mam się śmiać czy załamywać. Jedno wiem na pewno, miłość jest potężnym uczuciem i do tego trochę ogłupiającym. Rozumiem wybaczanie, bo związek to sztuka kompromisów, ale czasem trzeba dać do zrozumienia, że potrzeba więcej starań niż dobry sex. Szczególnie jeśli zrobi się coś bardzo, bardzo głupiego. Travis też nie do końca zyskał sobie moją sympatię. Początkowo nawet go lubiłam, typowy facet ukrywający swoje prawdziwe „ja” za maską luzaka, pokazującego światu, że ma wszystko i wszystkich gdzieś, zarabiającego pięścią. Dopóki nie pokazał, że tak naprawdę jest dupkiem traktującym bliską mu osobę jak rzecz, do której nikt nie ma prawa bardzo mi się podobał. Ok, zaborczość i zazdrość jest fajna, ale w chwili kiedy z twarzy każdego faceta, który śmiał się odezwać lub zachować nie tak jak trzeba względem „przyjaciółki”, robi się miazgę – zdecydowanie jest coś nie tak. Owszem, bywa troskliwy, czuły i opiekuńczy, ale w większości czasu nie potrafiłam się do niego przekonać. Tak szczerze mówiąc, to najbardziej podobała mi się postać Americy, takiej przyjaciółki ze świecą szukać! Niezwykle oddana, opiekuńcza, rozumiejąca więcej niż Abby, ale, gotowa też potrząsnąć i postawić do pionu. Ponadto niesamowicie waleczna i pozytywnie zakręcona.

Jednak pomimo tego, że Abby oraz Travis strasznie mnie denerwowali, to z zapartym tchem śledziłam ich historię, obserwując ich walkę z przeszkodami i swoimi uprzedzeniami, kibicując temu, by w końcu się dogadali i mogli w miarę normalnie funkcjonować, dałam się pochłonąć tej książce bez reszty. To było tak piękne, a zarazem niezwykle bolesne i gorzkie, tak realnie (no z paroma wyjątkami), że nie sposób nie zachwycić się nad tym tytułem. Ja tej książki nie przeczytałam, tylko wręcz połknęłam. Strony przewracały się praktycznie same, nie zauważałam upływającego czasu, tego co dzieje się wokół mnie. Przez krótką chwilę trwałam w zupełnie innym świecie. „Piękna katastrofa” mnie zachwyciła, jest tak urocza i romantyczna, mogłabym nawet rzec, że bajkowa iż nawet wspomniane niedociągnięcia nie były w stanie powstrzymać mnie od wystawienia takiej, a nie innej oceny. Zdecydowanie będę ją polecać i do niej wracać jeszcze nie raz.

„Piękna katastrofa” powinna trafić do gustu wielbicielom nurtu New Adlut oraz osobą lubiącym książki traktujące o sile miłości oraz walce z przeszkodami, z romantyczną duszą. I chociaż początek trochę mnie zawiódł, Abby ani Travis nie do końca mnie do siebie przekonali, to i tak uważam ten tytuł  za jeden z lepszych, jaki było mi jak dotąd dane czytać. Ostatnio w moim przypadku zarwana noc dla książki naprawdę dużo świadczy na korzyść książki. Szczerze polecam, zapewniam, że czeka was masa przeróżnych, a nawet skrajnych emocji.

To niebezpieczne pragnąć kogoś tak bardzo. Ty próbujesz go ratować, a on ma nadzieję, że ci się uda. To katastrofa”.*

*cytaty pochodzą z książki
Autor: Jamie McGuier
Tytuł: Piękna katastrofa
Wydawnictwo: Albatros
Rok wydania: 2015-08-05
Liczba stron: 464

Beautiful:
Piękna katastrofa ! Chodząca katastrofa