wtorek, 16 września 2014

Polowanie czas zacząć



„Cóż za paradoks, że z całego serca pragnął ją chronić i jednocześnie to właśnie z jego strony groziło jej teraz największe niebezpieczeństwo”.*

Dla ratowania osoby bliskiej swojemu sercu człowiek jest w stanie zrobić wszystko, nawet jeśli musi postępować wbrew własnemu sumieniu. Bo czasem miłość jest bezwarunkowa i silniejsza od wszystkich przeszkód, ludzi stojących na drodze do upragnionego celu i wszelkich niepewności czy obaw. Nie jest łatwo i przyjemnie, ale bywa iż ma się tylko takie możliwości.

Maria i St. John, dwoje zupełnie obcych sobie ludzi, którzy jednak słyszeli o sobie bardzo wiele. Maria jest kobietą niezwykle piękną i temperamentną, uchodzącą wśród towarzystwa za Zimną Wdowę, bo pochowała już dwóch mężów. Teraz swoje wdzięki musi wykorzystać by uwieść znanego wszystkim pirata i wydobyć z niego pewne informacje. Tym czasem Christopher wychodzi na wolność, ale musi spełnić jeden warunek – uwieść Marię i odkryć prawdę o tym czy to ona zabiła swoich partnerów i co nią kierowało. Oboje ma ktoś w garści i zmusza ich do współpracy, nie wiedzą jednak, że zarówno ona jak i on działają za plecami trzymających ich w garści. Zrobią też wszystko, by osiągnąć swój cel, nie wiedzą jednak, że kiedy się spotkają, zaczną grać w swoje gry ich świat zatrzęsie się w posadach. Kto steruje Marią oraz St. Johnem i co takiego na nich mają, że pozwalają sobą manipulować?

To było moje szóste spotkanie z twórczością Sylvi Day, autorką powieści erotycznych oraz romansów historycznych z dużą dawką scen miłosnych. Nie tworzy w prawdzie niczego ambitnego, ale absorbuje i sprawia, że chociaż na chwilę zapomina się o codzienności. Czy i tym razem dałam się wciągnąć w świat intryg oraz namiętności przez nią wykreowany?

„Tylko On”, to kolejny utwór mówiący o czasach, kiedy to o sprawach intymnych nie mówiło się głośno, a niestosowne zachowanie w publicznym miejscu mogło zagrażać reputacji kobiety. Jeśli komuś przyklejono jakąś łatkę trudno się jej potem pozbyć, nawet bogactwo i kontakty nie sprawią, że ludzie przestaną plotkować. Day doskonale odwzorowuje czasy, w których rzecz się dzieje, styl życia oraz poglądy, którymi się kierowano. Ponadto tworzy mnóstwo scen erotycznych, współgrających z całością. Są one namiętne, ale zarazem pełne smaku i finezyjne. Powieściopisarka potrafi wywołać rumieńce na twarzy i przyspieszony oddech. Bardzo realnie i obrazowo opisuje wydarzenia, ubiór, otoczenie i zachowanie bohaterów, dzięki temu bez problemu można sobie wszystko wyobrazić i wczuć w to, co się czyta. Historia jest dopracowana, przemyślana oraz logiczna, podobały mi się intrygi stworzone przez autorkę, nadawały akcji tempa i chociaż łatwo przewidzieć zakończenie plątały niekiedy bieg wydarzeń i czasami nie było wiadomo, jak potoczą się niektóre sprawy.

Szczególnie do gustu przypadły mi postacie Marii oraz St. Johna. Zarówno ona, jak i on muszą być twardzi, przebiegli, stanowczy, a nawet wyrafinowani. Maria z pozoru wyrachowana, zimna jak lud, w rzeczywistości kobieta pełna ciepła, cierpiąca z powodu życia jakie wiedzie, ale nie poddająca się bowiem jest ktoś, kto ukrywa przed nią coś niezwykle dla niej ważnego. Christopher jest zaś piratem, a jak wiadomo oni są bezwzględni, pozbawieni skrupułów i sieją postrach. On jednak pomimo, że nie jest łagodny, potrafi się mścić, to o swoich dba i nie pozwoli, by ktoś został bez pomocy. Z jednej strony mroczny i niebezpieczny, a z drugiej posiadający serce. Połączenie tej pary okazało się jak najlepszym pomysłem, już od pierwszego spotkania między nimi aż iskrzyło.

Jak dotąd to chyba najlepsza część z serii, jaką było dane mi czytać. Połknęłam ją w ekspresowym tempie i nawet przez chwilę się nie nudziłam. Wszystko toczy się szybko, wydarzenia intrygują od samego początku i niesamowicie wciągają. Na brak wrażeń narzekać nie mogłam, między bohaterami było wielkie napięcie, a kolejne sceny były pełne przeróżnych, trafiających do mnie emocji. Z zainteresowaniem śledziłam kolejne poczynania bohaterów i pomimo tego, że wiedziałam jaki będzie koniec trzymałam za nich kciuki. Day potrafi pisać, budzić emocje i przykuwać uwagę. O seksie pisze bez ograniczeń, ze smakiem, ale nie brak w nim dominacji i drapieżności. Potrafi połączyć miłość z pożądaniem i to jest wielki plus jej utworów. Z pewnością będę wracać do tego tytułu i sięgać po kolejne.

Książka ta jest wydana jako ostatnia w serii, ale w rzeczywistości jest drugim tomem. I chociaż można czytać cykl w dowolnej kolejności, to teraz stwierdzam iż warto czytać je w odpowiedniej kolejności, przynajmniej jeśli chodzi o „Tylko On” i „Tylko mnie uwiedź”.  Jak najbardziej polecam, nie jest to nic ambitnego, ale tym, którzy lubią romanse historyczne, dużą dawkę scen erotycznych z mnóstwem iskrzenia między bohaterami, to szczerze polecam.

*Sylwia June Day, „Tylko On”, s. 78
Autor: Sylwia June Day
Tytuł: Tylko On
Wydawnictwo: Wielka Litera
Rok wydania: 2 lipca 2014
Liczba stron: 304

The Georgian:
Tylko mnie poproś | Tylko On | Tylko mnie uwiedź | Nie igraj ze mną



Wyzwania: Serie na starcie

piątek, 12 września 2014

Ostatnie zadanie



„Miłość potrafi skłonić człowieka do tego, by zabił albo zrobił coś strasznego, bez względu na to, co się z nim potem stanie”.*

Kiedyś nawet nie myślałaś o tym, że coś takiego jak podróże w czasie są w ogóle możliwe, a teraz sama bierzesz w nich udział. Przenosisz się w przeszłość i wykonujesz zadania mające na celu zapobiegać przemianom, które mogłyby zmienić bieg wydarzeń i być katastroficzne w skutkach. Wzbudza to w tobie ekscytacje, a zarazem strach i niepewność, bo nigdy nie wiesz co może cię spotkać w danym miejscu.

Tym razem Anna i Sebastiano muszą udać się do XIX-wiecznego Londynu, by uratować pana Turnera, dzieła tego malarza w przyszłości będą warte majątek. Ta misja kończy się powodzeniem i szybko wracają do swoich czasów. Niestety niezbyt długo cieszą się spokojem, bo Jose – jeden ze Starców - informuje ich, że czeka na nich kolejne zadanie. Jakiś inny Starzec niszczy wszystkie bramy, a oni muszą odkryć kim on jest i pokrzyżować mu plany. Para podróżników musi udawać niesamowicie bogate rodzeństwo i wejść w towarzystwo wyższych sfer. Czy uda im się powstrzymać Starca przed zniszczeniem świata?

Książek o podróżach w czasie jest dużo, ale najbardziej polubiłam Trylogię czasu Kerstin Gier oraz Obrońcy czasu autorstwa Evy Völler. Pierwsza część („Magiczna gondola”) była bardzo dobra, ale druga („Złoty most”) zachwyciła mnie i nie mogłam doczekać się kolejnego tomu, na który przyszło mi czekać cały rok. Jakie są moje wrażenia po zapoznaniu się z „Ukrytą bramą”?

Niemiecka powieściopisarka posiada niewątpliwy talent do snucia opowieści. Jej utwory są przemyślane, dopracowane i logiczne. Najbardziej u Völler lubię to, jak starannie i rzetelnie odwzorowuje czasy, w których akurat rzecz się dzieje. Dokładnie opisuje sposób życia w XIX w., sposób ubioru, zachowanie, jak się mieszka, co się robi w wolnym czasie oraz podział na klasy społeczne – im człowiek bogatszy i z większymi wpływami u tych znaczących tym lepiej dla niego. Völler przedstawia to bardzo obrazowo i bez trudu można wyobrazić sobie wszystko to, co widzą Anna i Sebastiano, zadbała też o realizm, co uważam za wielki plus. Kolejnym atutem autorki jest to iż w książce cały czas coś się dzieje, fabuła jest głównie oparta na zadaniu do wykonania przez podróżników, a wątek miłosny jest tematem pobocznym, zarysowanym tylko tak, by czuć więź łączącą zakochanych, ale brak tu dramatów sercowych i trójkątów (jaka miła odmiana!). Widać zażyłość łączącą bohaterów, ale są to zaledwie fragmenty wplecione w całość utworu. Wszystko jest zgrabnie połączone, w odpowiednim czasie tłumaczone, akcja zaś toczy się szybko i nie brak nagłych zwrotów wydarzeń. Cenie sobie również u Völler fakt iż praktycznie do samego końca nie wiadomo kto jest tym złym i wraz z biegiem wydarzeń trzeba starać się dopasować kolejne elementy układanki.

Bardzo ważnym punktem w każdej książce są bohaterowie i Eva Völler jest tego doskonale świadoma ponieważ i w tym przypadku zadbała o wachlarz przeróżnych osobowości, nadała im indywidualne cechy, sprawiła, że bez nich czegoś by brakowało i każdy miał do odegrania swoją rolę. Są oni realni oraz – co jest istotne – potrafią zaskakiwać, może się wydawać iż już kogoś się rozgryzło, a za chwilę ten ktoś nas zaskakuje. Jeśli chodzi o głównych bohaterów – Sebastiano jest znowu tym chłopakiem, którego tak polubiłam w „Magicznej gondoli”. Niezwykle inteligentny, charyzmatyczny, sprytny i przebiegły. Ponadto jest opiekuńczy i zakochany w Annie, ale potrafi skupić się na zadaniu i w granicach rozsądku udawać, że są tylko rodzeństwem. Anna pod tym względem jest taka sama, do tego uparta, stanowcza i z chęcią do działania. Podoba mi się zarys ich relacji, bez dramatów, ale z małymi sprzeczkami i scenami zazdrości zdarzającymi się w każdym związku. Są szczęśliwi i zgrani, co jest miłą odmianą pośród wszystkich związków z problemami.

„Ukryta brama” mnie zachwyciła i pochłonęła bez reszty, czytało mi się ją szybko i bardzo przyjemnie. Od samego początku zaczyna się dziać i nie było mowy, bym chociaż przez chwilę czuła znużenie. Historia wciąga od pierwszych stron i sprawiła, że kolejne  przewracałam z coraz większym zaciekawieniem, bo jak najszybciej pragnęłam się poznać zakończenie. Bez większego problemu wczułam się w fabułę i na nowo zżyłam ze znanymi mi już postaciami, z żywym zainteresowaniem śledziłam ich poczynania i kibicowałam, aby wszystko szczęśliwie się skończyło. Lubię język i styl pisania powieściopisarki oraz to jak stworzyła całą historię, potrafi przykuć moją uwagę, sprawić, że nie zauważałam upływającego czasu ani tego co dzieje się w moim otoczeniu. I strasznie żałuję, że to już koniec przygód Anny i Sebastiano, ale z drugiej strony cieszę się iż trylogia nie będzie ciągnięta na siłę, bo tylko by to jej zaszkodziło. Mam jednak nadzieję, że Eva Völler będzie pisać nadal o czymś innym i ukaże się to również u nas.

Ostatni tom trylogii polecam fanom twórczości Evy Völler oraz Obrońców Czasu. Jeśli spodobały wam się pierwsze dwa tomy, to zapewniam, że i ten nie zawiedzie waszych oczekiwań. Tym, którzy nie mieli jeszcze styczności z autorką, a lubią temat podróży w czasoprzestrzeni, polecam całą serie. „Ukryta brama” jest przemyślana i świetnie napisana, dzieje się w niej dużo i wzbudza przeróżne emocje. Idealne zakończenie historii!

*Eva Völler, „Ukryta Brama”, s. 431
Autor: Eva Völler
Tytuł: Ukryta brama
Wydawnictwo: Egmont
Rok wydania: 18 czerwca 2014
Liczba stron: 448
Seria/cykl wydawniczy: Poza czasem
Obrońcy Czasu:
Magiczna gondola | Złoty most | Ukryta brama


wtorek, 9 września 2014

Rycerz bez serca




„Kiedy człowiek ma jedenaście lat, to nie może mu się trafić nic gorszego niż przyjaciele, którzy lubią takie same słodycze”.*

O duchach słyszał chyba każdy, co prawda nie wszyscy w nie wierzą, ale wiedzą, że twierdzi się iż są one przezroczyste, unoszą się w powietrzu i po śmierci nie zaznały spokoju, bo mają na ziemi coś jeszcze do zrobienia. Mówi się, że występują zjawy bardziej lub mniej miłe. Załóżmy przez chwilę, że one naprawdę istnieją, co byście zrobili gdyby nagle jakiś się wam ukazał?

Jedenastoletni Jon zostaje wysłany przez mamę do szkoły z internatem, za wszystko obwinia jej nowego faceta – zwanego przez siebie Brodaczem – i czuje się z tego powodu bardzo nieszczęśliwy. Na każdym kroku pokazuje swoje niezadowolenie z zaistniałej sytuacji, ale kiedy znajduje się już na miejscu okazuje się, że nowe miejsce nauki nie jest takie złe, a i znalezienie nowych przyjaciół nie będzie zbytnio trudne. Wszystko może by się jakoś ułożyło, gdyby nagle nie pojawił się pewien duch grożący mu… śmiercią. Czemu uwziął się akurat na chłopca i jak on sobie z tym poradzi?

Twórczość Corneli Funke znam dzięki jej serii Recekless , którą bardzo mile wspominam i darze szczególnym sentymentem. Jestem oczarowana nie kończącymi się pokładami fantazji oraz baśniowym światem przez nią stworzonym. Szczerze mówiąc, najbardziej nie mogę doczekać się ostatniego tomu wyżej wspomnianej trylogii, ale gdy ujrzałam zapowiedź „Rycerza widmo” byłam również zadowolona. Jak tym razem spisała się uwielbiana na całym powieściopisarka?

Początkowo byłam zaskoczona, tym razem Funke zaserwowała swoim czytelnikom zupełnie coś innego niż dotychczas. Nie spotka się w tej książce baśniowej otoczki, magicznych krain, istot czy też rzeczy. W „Rycerzu widmo” fabuła powieści jest osadzona całkowicie w świecie realnym, ale bez obaw, pojawiają się duchy i to nie byle jakie, bo rycerze! I chociaż widać w książce schematyczność (zamki, morderstwa, tajemnice), to jednak niemiecka autorka potrafiła ubrać ją w słowa sprawiające, że powieść czyta się praktycznie sama. Nie brak w niej opisów miejsc i wydarzeń, które nie są może tak szczegółowe, jak w poprzednich publikacjach, ale wystarczają, by wyobrazić sobie, to co się w danym momencie dzieje. Pomagają w tym również umieszczone w niej czarno białe rysunki, które są niezwykle sugestywne i przykuwające oko. Ciekawym posunięciem było zaczerpnięcie wielu informacji z historii, dzięki czemu ma się okazję poznać dawne dzieje oraz to, że Jon tak jakby opowiadał, to co działo się kiedyś, jakby wspominał swoją przeszłość. Całość utworu jest idealnie zgrana, wszystko jest przemyślane i dopracowane. Co prawda akcja nie toczy się specjalnie szybko, ale na brak ciekawych sytuacji narzekać nie można.

Podobały mi się kreacje bohaterów stworzonych przez Funke,. Jon okazał się zwyczajnym jedenastolatkiem, próbującym pogodzić się ze zmianami jakie zachodzą w jego życiu oraz przyzwyczaić się do nowego miejsca i ludzi. Jego ciekawość oraz fakt, że trafił w mało odpowiednie miejsce przysparza mu nieco problemów i stwarza mnóstwo sytuacji do przeżywania przeróżnych, niekoniecznie zawsze miłych, przygód. Moją uwagę zdobyła także Ellie, dziewczynka jest bardzo indywidualną osóbką, której zachowanie może trochę zaskakiwać, ale swoim logicznym umysłem i nietypowym zachowaniem wzbudza dużo sympatii. Pozostałe postacie również cechują się niepowtarzalnością i zapadają w pamięć.


Utwór ten przeczytałam w zaledwie jeden dzień i wyśmienicie się przy tym bawiłam, jest on kierowany do nastolatków w wieku 10-13 lat, dlatego język, którym posługuje się autorka jest prosty, ale nie banalny. Historię czyta się szybko i z prawdziwym zainteresowaniem ponieważ wciąga i intryguje od pierwszych stron. W trakcie śledzenia tekstu można się pośmiać i poczuć odrobinę strachu, łatwo też zżyć się z bohaterami w raz z nimi przeżywać ich przygody. Funke może i nie wymyśliła czegoś nowego, ale napisała to w taki sposób, że jednak ma coś w sobie, co sprawia, że warto sięgnąć po „Rycerza widmo”. Nie żałuję ani chwili na niego poświęconej i szkoda tylko, że książka tak szybko się skończyła.

Pomimo tego, że najnowsza powieść Corneli Funke kierowana jest do młodszego grona czytelników śmiało mogę stwierdzić iż spodoba się każdemu wielbicielowi opowieści o duchach, zabawnych sytuacji i zaskakujących zwrotów akcji. Książkę czyta się niezwykle szybko, lekko i przyjemnie. Polecam!

*Cornelia Funke, „Rycerz widmo”, s. 130
Autor: Cornelia Funke
Tytuł: Rycerz widmo
Wydawnictwo: Egmont
Rok wydania: 9 czerwca 2014
Liczba stron: 349

poniedziałek, 8 września 2014

Nietypowa praca męża zastępczego




„Praca... Kiedy o niej myślał, widział przed sobą drzwi. (...) Dziesiątki drzwi. A za każdymi drzwiami inny świat, inna ludzka historia...”.*

W domu zawsze jest coś do zrobienia, a to cieknący kran, luźne drzwiczki od szafki, spadający obraz. Czasem trzeba złożyć regał, powiesić szafki, raz na jakiś czas pomalować mieszkanie, zrobić większy lub mniejszy remont. Bywa, że potrzebna jest męska pomoc w dość nietypowych sprawach. Zazwyczaj takimi sprawami zajmują się mężowie, ale co jeśli się go nie ma?

Piotr nie podejrzewał, że w jego życiu szykują się poważne i niezbyt miłe zmiany. Pewnego dnia, gdy niczego się nie spodziewa jego żona – Karolina – oznajmia mu, że odchodzi. Jakby tego było mało, okazuje się, że porzuca go dla jego własnego szefa. Nie jest w stanie zrozumieć czemu tak się dzieje, przecież ich małżeństwo było udane. Kochał Karolinę, a to że bywały gorsze dni jest normalne, w każdym związku bywają złe okresy. Nie potrafi pogodzić się z tym stanem rzeczy i gdy zostaje sam nie dba szczególnie o porządek, bez pracy, bo ostatnią porzucił z wiadomych powodów, a nowej zbytnio teraz nie szukał tylko trwa z dnia na dzień. Taki marazm trwałby pewnie jeszcze dłuższy czas gdyby nie sąsiadka, która prosi o pomoc, to właśnie u starszej pani, za sprawą wysłuchanej audycji,  wpada na pewien pomysł. Otwiera własną przedsiębiorczość kryjącą się pod chwytliwą nazwą Mąż zastępczy. W swojej ofercie oferuje usługi naprawcze, remontowe oraz te… nietypowe. Jedno jest pewne, na brak wrażeń narzekać nie będzie mógł.

Z twórczością Joanny M. Chmielewskiej miałam już do czynienia przy okazji czytania jej „Poduszki w różowe słonie”. Przypadł mi wtedy do gustu styl pisania autorki oraz jej umiejętność obserwowania ludzkich zachowań oraz świata i wplatania zabawnych sytuacji pomiędzy poważne tematy. Czy w przypadku „Męża zastępczego” było tak samo?

Joanna M. Chmielewska z pewnością trafi od teraz na listę moich ulubionych autorów, potrafi bowiem bardzo dobrze pisać. Historia przez nią stworzona ciekawi od pierwszych stron, a im więcej ma się ich za sobą tym bardziej interesująco się robi. Stworzyła opowieść o mężczyźnie, który zostaje porzucony przez osobę, którą kocha, poszukuje też pracy i próbuje na nowo uporządkować sobie życie oraz pogodzić się z odejściem żony. Wydawać by się mogło, że temat ten był już tyle razy poruszany i już słyszę ten zbiorowy jęk „znowu?”. Otóż nie, bo może i temat rozstań i zdrad był wałkowany mnóstwo razy, ale Chmielewska pisze o tym w sposób, który sprawia, że książka czyta się praktycznie sama. Piotr dzięki swojej pracy robi to co lubi, jest panem siebie, znalazł swój sposób na radzenie sobie z bólem, ale przede wszystkim poznaje przeróżne osoby, czasem mimowolnie pozostawał w ich życiu dłużej, a czasem krócej. Jednak każde spotkanie czegoś uczyło i pomagało spojrzeć na wiele spraw inaczej. Powieściopisarka stworzyła fabułę, w której przeplatają się różni ludzie i historie, ale wszystko jest uporządkowane oraz logiczne, akcja toczy się szybko, a dzięki nietypowym pracą oraz poznanym ludziom nie raz i nie dwa można szczerze się pośmiać.

Powieściopisarka umieściła w powieści dużą liczbę postaci, ale każda jest dopracowana, naturalna i wyrazista. Wszystkie mają też znaczenie, bo dzięki nim kolejny element układanki wskakuje na swoje miejsce. Polubiłam Piotra, cierpiał, ale gdy znalazł sobie zajęcie pochłonęło go ono na tyle, by chociaż trochę zapomnieć. Nie poddał się, miał swoją godność, no i polubiłam go za podejście do ludzi, potrafił wysłuchać, pomóc i okazać serce. Moją sympatię zdobyły również Jagoda i jej córka Antosia, której tok rozumowania i uroczy sposób bycia rozkładał na łopatki, Jolanta pokazująca, że bycie wytrwałym pozwala spełnić swoje marzenia. Podoba mi się to, że Chmielewska pomimo tylu bohaterów występujących w książce nadała im indywidualne cechy i sprawiła, że bez problemu dało się zapamiętać kto kim jest.

Co prawda czytałam książkę z jedną długą przerwą, ale w żaden sposób nie jest to jej wina, bo kiedy już zaczęłam na dobre śledzić fabułę nie mogłam się oderwać od tekstu dopóki nie przeczytałam ostatniego zdania. Historia wciąga i wywołuje mnóstwo przeróżnych emocji, można się przy niej pośmiać, powzruszać i posmucić. Poruszone są w niej nie tylko tematy porzucenia oraz zdrady, ale również szereg innych, takich jak samotność, potrzeba uwagi i wysłuchania czy też samotność. To zwykłe opowieści o zwykłych ludziach opisane językiem prostym, ale sprawiającym, że treść ma w sobie swój klimat oraz magię. I właśnie to, zaraz obok stylu, którym posługuje się autorka i jej umiejętności obserwacji sprawia, że tak bardzo lubię jej twórczość. Kolejna powieść tej pisarki, która na długo utkwi mi w pamięci, na szczęście przede mną dwie wcześniejsze, jeszcze nie przeczytane, co umili mi czekanie na coś nowego jej pióra.

„Mąż zastępczy” jest utworem niezwykle ciepłym, sympatycznym i zabawnym, poruszającym jednak tematy dotykające nas lub kogoś z bliskiego otoczenia. Historia jest przemyślana i dopracowana, a co ważniejsze pochłania się ją w ekspresowym tempie. Joanna M. Chmielewska przypomina o czymś ważnym w naszym życiu i pokazuje, jak bardzo jest to dla nas istotne. Książka da każdego, polecam!

*Joanna M. Chmielewska, „Mąż zastępczy”, s. 282
Autor: Joanna M. Chmielewska
Tytuł: Mąż zastępczy
Wydawnictwo: MG
Rok wydania: 19 marca 2014
Liczba stron: 286

Wyzwania: Book lovers

piątek, 5 września 2014

Bo kiedy zakwitną poziomki wszystko jest możliwe




„- A ja myślę, że człowiek musi znać swoje korzenie”.*

Prawie każda kobieta marzy o związku zrodzonym z miłości oraz namiętności, szczęśliwym małżeństwie, które w odpowiednim czasie za sprawą dziecka zmieni się w rodzinę. W dzisiejszych czasach kolejność może być odrobinę przestawiona, ważne tylko jest by kochać, być kochanym i móc zostać mamą. Niestety los jest czasem jak złośliwy chochlik i nie zawsze dostaje się to czego się pragnie najbardziej na świecie.

Karolina to trzydziestoośmiolatka, która jest w związku z Filipem, pracuje jako graficzka chociaż jej pasją jest malarstwo. Od jakiegoś czasu stara się z partnerem o poczęcie maleństwa, kiedy naturalny sposób zawodzi Karola udaje się do lekarza, musi się przebadać i sprawdzić czy z jej organizmem wszystko jest w porządku. Zaczyna się proces badań, dbania o siebie i współżycia ze sobą w określonych dniach, gdy i to zawodzi wybierają inseminacje, a jeszcze później In vitro. Między czasie życie toczy się dalej, praca, odkrywane sekrety z przeszłości i dawny znajomy budzący niepewność w duszy kobiety, czy to co ma jest tym czego rzeczywiście pragnie. Ciągłe porażki z zajściem w ciążę, wybór między jednym panem, a drugim, pragnienie spełnienia. Jak Karolina poradzi sobie z tym co ją czeka?

Z twórczością Agnieszki Walczak – Chojeckiej miałam już styczność przy okazji czytania jej debiutanckiej powieści „Dziewczyna z Ajutthai. Niezbyt grzeczna historia”. Historia nie porwała mnie zbytnio, brakowało mi w niej emocji, miałam wrażenie, że wątki były pourywane i opisane byle jak. Widziałam w niej jednak potencjał, który nie do końca został wykorzystany, dlatego też obiecałam sobie, że jeśli autorka wyda coś jeszcze, to po to sięgnę. „Gdy zakwitną poziomki” skusiły mnie tytułem (kocham te owoce!) oraz blurbem. Jakie są moje wrażenia po przeczytaniu?

Do lektury tej książki podchodziłam z lekkim dystansem i bez oczekiwań. Początkowo trudno jest się wczuć w tekst, ale z czasem staje się to coraz prostsze i przyjemniejsze. Odniosłam wrażenie jakby autorka potrzebowała czasu na rozwinięcie skrzydeł. Opisuje historię kobiety pragnącej dziecka i cierpiącej z powodu tego, że nie może go mieć. Powieściopisarka umiejętnie przelała na papier emocje towarzyszące zrozpaczonej Karolinie, jej żal, obawy, zmienne nastroje oraz determinację. Widać również iż przygotowała się do pisania, bo w wątkach dotyczących badań, działań mogących pomóc w zajściu w ciążę posługuje się fachowym językiem i tłumaczy, to co trzeba. To też opowieść o kobiecie zmagającej się z problemami rodzinnymi, brakiem okazywania miłości ze strony mamy i prawdą, która była dotąd ukrywana. Wszystko to oraz codzienność przeplata się z sobą i tworzy spójną oraz logiczną całość. Fabuła jest dopracowana i przemyślana, akcja toczy się niespiesznie, ale nie nuży. Czasem niektóre wydarzenia potrafią nawet odrobinę zaskoczyć.

Karoliny nie da się nie lubić lub chociaż nie kibicować jej w spełnieniu marzeń. Jest kobietą silną, pewną siebie i zdeterminowaną, ale zarazem pragnie miłości, namiętności, odnalezienia siebie w tym chaosie, który powstał i spełnienia się jako matka. Jej postać jest bardzo realna, popełnia błędy, uczy się na nich i idzie naprzód pomimo wszystko. Imponuje tym, że za każdym razem gdy upada, podnosi się i idzie naprzód. Osoba Filipa również intryguje chociaż jest trochę mniej opisana. Niemniej takiego partnera można tylko pozazdrościć. Czuły, troskliwy, wyrozumiały, ostoja w trudnych momentach, zawsze obok gdy jest potrzebny. Czasem, jak każdy mężczyzna zrobi jakieś głupstwo, ale nie od dziś wiadomo iż ideałów nie ma.

Widać znaczną poprawę w stylu pisania Agnieszki Walczak-Chojeckiej, chociaż czasem coś mi jeszcze zgrzytało podoba mi się to jak opisała uczucia głównej bohaterki, to co przeżywała. Widać i czuć emocje towarzyszące Karolinie, dlatego też łatwo jest wczuć się w przebieg wydarzeń i chociaż w minimalny sposób odbierać jej ból, rozczarowanie, niepewność oraz nadzieję. Opisy miejsc i wydarzeń są krótkie, ale wyczerpujące, pozwalające wyobrazić sobie wszystko, a znaczna ilość przemyśleń nie irytowała mnie, jak to w większości przypadków bywa. Książka jest życiowa, rzeczywista i dobrze napisana. Czytało się ją dość szybko, z mniejszym lub większym zainteresowaniem, ale nie czułam potrzeby, by ją odłożyć czy ominąć kilka stron. Czułam potrzebę jej skończenia, poznania finału, a ostatnio mam tendencje do porzucania rozpoczętych książek w połowie przeczytanych. Jest zatem dobrze, nawet bardzo dobrze.

„Gdy zakwitną poziomki” jest książką godną polecenia, poruszającą trudny temat problemu zajścia w ciążę, zmagania się kobiety z kolejnymi badaniami i niepowodzeniami. Opis próby ułożenia sobie życia i znalezienia swojego miejsca na ziemi. Dobrze napisana, pełna uczuć i opisów warszawskich kamienic oraz Chorwacji. Myślę, że warto poświęcić jej chwilę czasu…

*Agnieszka Walczak-Chojecka, „Gdy zakwitną poziomki”, s. 165
Autor: Agnieszka Walczak-Chojecka
Tytuł: Gdy zakwitną poziomki
Wydawnictwo: Filia
Rok wydania: 24 września 2014
Liczba stron: 400

Wyzwania: Book lovers

środa, 3 września 2014

Podróż, która zmienia… wszystko





„Bo może to następne jutro będzie lepsze. Skąd możesz wiedzieć? A prędzej czy później nadejdzie taki dzień, po którym jutro naprawdę będzie lepsze”.*

Ludzie podróżują, bo chcą odkrywać nowe miejsca, smaki, poczuć smak przygody. Często wyruszają w drogę, by odciąć się od rutyny, codzienności, zapomnieć o problemach. Czasami trasa jest planowana na długo przed wyruszeniem w drogę, a czasem jedzie się po prostu przed siebie, spontanicznie wybierając kolejne miejsca. Tych odważnych czekają wtedy niespodzianki i nie przewidziane wydarzenia mogące pomóc  odnaleźć się na nowo, zrozumieć wiele spraw i pogodzić się z tym przed czym chciałoby się uciec.

Po tym jak parę miesięcy temu w tragicznym wypadku ginie tata Amy jej rodzina oddala się od siebie i nie potrafi już ze sobą rozmawiać. Ona sama wycofuje się też z życia towarzyskiego, odsuwa od przyjaciół i buduje sobie mały świat, w którym każdy dzień jest taki sam, ta rutyna daje jej złudne poczucie bezpieczeństwa. Nie trwa to jednak długo – mama dziewczyny postanawia przeprowadzić się do Connecticut, a ona ma do niej dołączyć po zakończeniu roku szkolnego. Ponieważ ona nie prowadzi samochodu, a jest on potrzebny rodzicielce, w drodze do nowego domu ma towarzyszyć jej Roger, kolega z dzieciństwa, którego nie bardzo kojarzy. Ich trasa jest zaplanowana i powinna trwać tylko cztery dni, ale każde z nich ma swoje powody, by nie trzymać się planu, a do punktu docelowego trafić przez drogę wybraną zupełnie spontanicznie. Co im da ta wyprawa po Ameryce?

Ostatnio najlepiej czyta mi się powieści z gatunku NA lub YA, mam fazę na romanse, mnóstwo emocji i zawirowania w życiu bohaterów. Pośród tylu tytułów dostępnych na rynku trudno wybrać jeden konkretny, ale jak dotąd na żadnym, który czytałam się nie zawiodłam i mam nadzieję, że przez długi czas ten stan rzeczy się nie zmieni. Z twórczością Morgan Matson nie miałam jeszcze styczności, ale pozytywne opinie sprawiły, że w końcu sięgnęłam po coś jej pióra i… jestem bardzo zadowolona.

Zupełnie nie wiedziałam czego mogę się po niej spodziewać, dlatego też do czytania „Aż po horyzont” podeszłam bez szczególnych oczekiwań, liczyłam tylko na dobrą, zajmującą lekturę. W rezultacie dostałam coś o wiele więcej, Matson potrafi bowiem bardzo dobrze pisać. Nie tworzy fabuły przeplatanej nagłymi wybuchami namiętności, nie skupia się na szokujących, złych i trudnych do przyjęcia wydarzeniach. Ona stawia na coś naturalniejszego, możliwego do spotkania w świecie rzeczywistym, a zarazem spokojnego i nieprzewidywalnego. Potrafi niesamowicie oddać klimat wędrówki bohaterów, skrupulatnie, ale barwnie opisuje wszystko co widzą po drodze i jakie miejsca odwiedzają. Zazwyczaj nie lubię takiej szczegółowości, ale w tym przypadku nie wyobrażałam sobie, że mogłoby być inaczej. Bardzo ciekawym pomysłem były wstawki z Dziennika/pamiętnika podróży, w którym znajdują się krótkie notatki o konkretnym stanie, zdjęcia, a także tytuły piosenek  słuchanych playlist (niektóre kawałki są naprawdę świetne!). Na plus jest też wplecienie retrospekcji w czasy teraźniejsze, nie wiadomo kiedy się na nie trafi, ale współgrają z całością tekstu. Fabuła toczy się wolno, ale jest zaskakująca, kolejne miejsca postoju, to co zobaczą i kogo spotkają jest jedną wielką niewiadomą.

To, co jeszcze mi się bardzo podobało, to zarysowanie przemian, jakie zaszły w Amy oraz Rogerze w czasie trwania jazdy. Jedno i drugie z czymś się boryka, a czas, który sobie dali sprzeciwiając się gotowemu planowi oraz tych, których spotkali, a nawet wzajemna obecność pozwoliła im dużo zrozumieć, spojrzeć na swoje życie zupełnie inaczej. Najlepsze jest jednak, to, że nic nie dzieje się szybko, tylko w odpowiednim tempie i czasie. Wyczytałam w jednej opinii, że nie ma możliwości poznania bohaterów, ale nie mogę się z tym zgodzić. Z każdą kolejną stroną coraz lepiej poznawałam ich historie i może nie szokują one swoją okrutnością, ale i tak sprawiają iż stawali mi się coraz bliżsi. Idealnie (dla mnie) tez był przedstawiony wątek miłosny, początkowo jakby w ogóle go nie było, jest za to początkowe zakłopotanie, bo nie widzieli się długi czas i nagle będą sami w małej przestrzeni przez parę dni. Potem jednak rodzi się między nimi sympatia, zaczynają rozmawiać i czuć się swobodnie ze sobą. Następnie dociera do nich, że to, co czują wzajemnie do siebie, to coś więcej niż tylko przyjaźń. I ma się wrażenie, że tak właśnie powinno być.

W trakcie czytania początkowo kręciłam trochę nosem, bo pomimo wszystko gdzieś w środku liczyłam na coś innego. Jednak z każdą kolejną stroną zaczęłam zauważać, że historia coraz bardziej mnie w ciąga i z rosnącą ciekawością poznaje kolejne wydarzenia. Bardzo podobał mi się powolny bieg akcji, dokładne opisy, niespiesznie zachodzące zmiany i budzące się uczucia. Zżyłam się z bohaterami i chyba jak nigdy nie mam nic do zarzucenia żadnemu z nich. Rozumiałam ich uczucia, to dlaczego postępują tak, a nie inaczej. Ta książka jest taka naturalna – nie sposób nie ulec jej czarowi i nie zachwycić się nią. Podoba się również forma zakończenia. Morgan Matson pozwala czytelnikowi napisać swoje własne. Dla mnie osobiście zakończenie jest zarazem początkiem w życiu Amy i Rogera – mam wielką nadzieję, że będzie to droga szczęśliwa i wspólna. Z pewnością niedługo zabiorę się za „Lato drugiej szansy” i trzymam kciuki za to by wydano u nas „Since You've Been Gone” – bardzo chciałabym się z nią zapoznać.

„Aż po horyzont” zdecydowanie mogę polecić wielbicielom gatunku New Adlut, chociaż różni się pośród wszystkich tytułów, jest to odmiana jak najbardziej na plus. Wzruszająca, dająca do myślenia, miejscami zabawna, czasem refleksyjna. Napisana w sposób przemyślany i rzetelny, wszystkie opisane miejsca, ciekawostki z nimi związane są prawdziwe – autorka sama przebyła trasę z książki. Umieszczone dodatki urozmaicają czytanie i dają możliwość lepszego wczucia się w tekst i wyobrażenia sobie tego co widzą Amy i Roger. Wiecie… Sama chętnie odbyłabym taką podróż.

*Morgan Matson, „Aż po horyzont”, s. 228
Autor: Morgan Matson
Tytuł: Aż po horyzont
Wydawnictwo: Jaguar
Rok wydania: 12 marca 2014
Liczba stron: 456

Wyzwania: Book lovers

poniedziałek, 1 września 2014

Nowości/zapowiedzi #12 - WRZESIEŃ

Nowości/zapowiedzi - to cykl ukazujący się raz - dwa razy w miesiącu, który przedstawia nadchodzące zapowiedzi lub nowości wydawnicze na dany miesiąc. Moje wybory są całkowicie subiektywne i dokonane pod kątem moich zainteresowań czytelniczych.
Legenda: tytuły są podlinkowane i przenoszą do opisu książki;
czerwone - muszę mieć,  
zielone - mam/w drodze do mnie,  
niebieskie - ciekawią mnie, ale mogę na nie poczekać





02.09
Sekret czarownicy - Anna Klejzerowicz / Prószyński i S-ka
08.09
Dziewczę z sadu - L. M. Montgomery / Egmont
Pamiętnik nastolatki 9. Julia II - Beata Andrzejczuk / Rafael
09.09
Bez skrupułów - Lisa Kleypas / Prószyński i S-ka
Na zawsze - Sandi Lynn / Amber
10.09
Bóg, honor, trucizna - Robert Foryś / Otwarte
Dobra dziewczyna - Lars Bill Lundholm / Filia
Dolina mgieł i róż - Agnieszka Krawczyk / Filia
Nie pozwól mi odejść -Catherine Ryan Hyde / Jaguar
Dzień, który zmienił wszystko - Catherine Ryan Hyde / Jaguar
Jedyna - Kiera Cass / Jaguar
Ekstaza, Euforia - Sylvia Day / Mira
Zawszę będę cię kochać - Teresa Monika Rudzka / Mira
Czarna loteria - Tess Gerritsen / Mira
Mara Dyer. Tajemnica - Michelle Hodkin / YA!
Przypadkowe szczęście - Abbi Glines / Pascal
Wspomnienia w kolorze sepii - Anna J. Szepielak / Nasza Księgarnia
Zostań, jeśli kochasz - Gayle Forman / Nasza Księgarnia
11.09
Miasto z lodu - Małgorzata Warda / Prószyński i S-ka
15.09
Okruchy magii - Kathryn Littlewood / Egmont
16.09
Niepokorny. Jego walka - Jay Crownower / Amber
17.09
Jedno małe kłamstwo - K. A. Tucker / Filia [RECENZJA]
Onyks - Jennier L. Armentrout / Filia !!
18.09
Samotność Bogów - Dorota Terakowska / Literackie
23.09
Walcz ze mną - Kristen Proby / Amber
24.09
Gdy zakwitną poziomki - Agnieszka Walczak-Chojecka / Filia [recenzja w tym tygodniu]
Kawiarenka pod Różą - Katarzyna Michalak / Filia
Jeżynowa zima - Sarah Jio / Między słowami [recenzja w tym tygodniu]
Julia. Trzy tajemnice - Tahereh Mafi / Moondrive
Miasto niebiańskiego ognia - Cassandra Clare / MAG
Powód by oddychać - Rebecca Donavan / Feeria
Prawdziwa historia Ireny Sandlerowej - Anna Mieszkowska / Marginesy
Wieczna wiosna - Katarzyna Zyskowska - Ignaciak / Nasza Księgarnia
25.09
Czarne skrzydła - Sue Monk Kidd / Literackie [recenzja w chyba jeszcze w tym tygodniu]
Norweskie noce - Derek Miller / Feeria

Coś do ukrycia - Cora Carmack / Jaguar [chwilowo bez dokładnej daty, na stronie wydawnictwa jest napisane, że premiera w tym miesiącu, ale nie mogłam nigdzie znaleźć konkretnego dnia]

***

O ile okres wakacyjny był w miarę spokojny w nowe premiery, o tyle w tym miesiącu wydawnictwa... zaszalały. Już od początku września jest w czym przebierać i na prawdę trudno zdecydować się na parę tytułów. Moja lista powyżej jest dość długa i zaczynam się zastanawiać czy starczy mi chociaż na suchy chleb. ;)
Czekacie na któryś z tych tytułów? ;)